W drodze po puchar – Krzysztof Sobieraj
10 września 2016, okolice szatni Arki Gdynia po przegranym 0:1 meczu z Koroną w Kielcach. Krzysztof Sobieraj zawiedziony przesiedzeniem kolejnego spotkania w ekstraklasie na ławce rezerwowych sprawia wrażenie zniesmaczonego i złego, bo nie potrafi zrozumieć dlaczego nie dostaje szans od Grzegorza Nicińskiego. – Chyba aż taki słaby nie jestem – zastanawia się głośno. Dwie kolejki później wraca do podstawowego składu Żółto-Niebieskich.
Charakter z Bocianka
Ile w przygodzie Krzyśka było powrotów trudno zliczyć. Upadki, wzloty, fatalne gafy, spektakularne interwencje, gniew i uwielbienie fanów. – Jestem zwykłym wyrobnikiem. Jak miałem 11 lat pod blokiem ustępowałem całej rzeszy kolegów. Żaden z nich nie zagrał w ekstraklasie, choć talentem mnie przewyższali. Chyba jednak ja bardziej chciałem powalczyć o wyższe cele i próbowałem swych sił w różnych miejscach. Tak by w końcu trafić do elity – wspomina Sobieraj, który szybko odjechał swoim kumplom spod bloku. Silny jak tur, obdarzony świetnymi warunkami chłopak nigdy nie odstawiał nogi i nie przejmował się żadnymi niepowodzeniami. W KSZO mu nie poszło to poszedł do Staru Starachowice i stamtąd trafił do Heko Czermno, gdzie już wyrabiał sobie nazwisko. Nida? Ludzie dziwili się co tam robił Sobieraj? MKS Końskie? AKS Busko? Tak samo zdziwienie, ale Krzysiek, niepokorne dziecko Bocianka robił swoje, ogrywał się, zbierał doświadczenie i wiosną 2004 występował już w drugoligowych Tłokach Gorzyce (wtedy drugi poziom rozgrywek). Nie popisał się w swoim pierwszym meczu z GKS Bełchatów, ale Marek Motyka wiedział, że się na nim nie zawiedzie. – Lubię charakternych zawodników, a Krzysiek na boisku nigdy nie pękał i zawsze szedł za drużyną – mówił Motyka. – Sobieraj miał charakter do piłki, wszedł do zespołu i od razu wyglądał solidnie – wspomina Krzysztof Pyskaty, wtedy golkiper Tłoków. 10 meczów w drugiej lidze, w tym popisowy przeciw Arce Gdynia wystarczyło by przenieść się do… Arki.
Debiuty z Widzewem i Legią
31 lipca 2004. Arka Gdynia – Widzew Łódź, dawna druga liga. Sobieraj tworzy duet defensywnych pomocników z Rafałem Murawskim, później uczestnikiem Euro 2008 i 2012, wielokrotnym reprezentantem Polski. Trzeba się kopać z Radkiem Michalskim, ale kielczaninowi wychodzi to całkiem nieźle. W końcówce w Widzewie pojawia się Tomek Jodłowiec, i on przekonuje się, że Sobieraj nie ustępuje. Arka wygrywa 1:0 i Krzysztof cieszy się z udanego debiutu. 21 maja 2005 już takiego dobrego humoru nie ma, bo w Kielcach Żołto-Niebiescy dostają dwa zerko od Korony. – Zawsze marzyłem o występach w seniorach macierzystego klubu – powtarzał Sobieraj, ale nie było mu to dane. To się komuś nie podobał jego charakter, to on sam nie chciał opuścić Arki. Krzysztof Klicki z Kolportera pragnął sprowadzić wychowanka do Kielc, ale ten odrzucił propozycję. – Mówią, że Sobieraj patrzy tylko na pieniądze, ale tak nie jest. Korona oferowała mi super warunki, lecz chciałem poznać smak ekstraklasy z Arką, z którą wywalczyłem, podobnie jak kielczanie awans – opowiada Sobieraj. 24 lipca 2005 w Gdyni w wieku prawie 24 lat Krzysiek, chłopak z Bocianka zaliczył upragniony debiut. Zagrał pełne 90 minut, dostał żółtą kartkę, a Legia w składzie z Łukaszem Fabiańskim, Dicksonem Choto, Tomaszem Kiełbowiczem, Łukaszem Surmą, Jackiem Magierą, Bartoszem Karwanem musiała zadowolić się bezbramkowym remisem.
Przez Kajetanów nad morze
19 meczów w sezonie 2005/06, 25 w 2006/07 w Arce w ekstraklasie, niestety spadek i znowu druga liga… Potem zamieszanie w aferę korupcyjną, problemy, z którymi jak zwykle sobie radzi i… Lubrzanka Kajetanów. Z Beskidem Andrychów Sobieraj strzelił nawet gola, ale tamta przygoda z trzecią ligą długo nie potrwała. Zgłosiła się drugoligowa Olimpia Elbląg (trzeci poziom rozgrywkowy) i Sobieraj poszedł bez zastanowienia. Tam wyróżniał się i skorzystał z propozycji Warty Poznań, gdzie grał m.in. z Pawłem Sasinem, Krzysztofem Gajtkowskim, Piotrem Reissem, Grzegorzem Szamotulskim czy Bartoszem Bereszyńskim. Znowu przypomniał się w bezpośrednim starciu Arce Gdynia i to też zaowocowało przenosinami nad morze. W czwartym sezonie Arkowcy wywalczyli ponowny awans do elity, a Sobieraj wzruszony popłakał się przed kamerami telewizji. – Dla mnie Arka jest jak rodzina – mówił, a tak było i jest. Zabolało go bardzo siedzenie na ławce na początku sezonu 2016/17, lecz, w jego stylu zacisnął zęby i czekał na szansę by znowu coś komuś udowodnić.
Happy, ale jeszcze nie end
Grzegorz Niciński przywrócił w końcu Sobieraja do wyjściowej jedenastki, a kielczanin dał jej życie. Raz mu szło lepiej, raz gorzej w ekstraklasie, za każdym razem jednak oddawał drużynie serce i miał świetny wpływ na kolegów. W elicie Arce szło jak po grudzie, w międzyczasie pokonywała kolejne przeszkody w Pucharze Polski, ale Grzegorzowi Nicińskiemu, który po 38 latach przerwy wprowadził ją do finału nie było dane zasiąść na ławce podczas finału. Działacze zastąpili go Leszkiem Ojrzyńskim, nadającym na podobnych falach co Sobieraj. – Bandy świrów z Korony już nie będzie – mówił Ojrzyn. – W Arce mamy bandę skurczybyków – poprawił GOP Sobieraj. To Lech uchodził za zadecydowanego faworyta batalii na Stadionie Narodowym, Arka miała tylko przyjąć parę ciosów i towarzyszyć Kolejorzowi w jego święcie. W pierwszej części finału kapitalnie bronił Pavels Steinborns, pod koniec regulaminowego czasu setkę zmarnował Radek Majewski, a w dogrywce do głosu doszli zmiennicy z Gdyni. Rafał Siemaszko i Luka Zarandia pokonali Jasmina Buricia, gol Łukasza Trałki już nie odwrócił losów zmagań i po końcowym gwizdku Arkowcy, na czele z rozgrywającym mecz numer 250 w Żółto-Niebieskich Sobierajem oszaleli ze szczęścia. – Może to sen – krótko skwitował Krzysztof, dziś bohater Arki, który w piłce przeżył wiele. Niedawno mówił o końcu kariery, a tu w perspektywie europejskie puchary. – Najpierw się musimy utrzymać w ekstraklasie – mówi w swoim stylu gość, który pokazał wszystkim, że jak się uparcie dąży do celu można go osiągnąć. Szkoda, że na świecie nie ma już tragicznie zmarłego Krzysia Brasińskiego, wielkiego fana swojego imiennika, a Sobieraj do dziś się z tym nie pogodził. – Jedni mnie lubią, inni nienawidzą, ale nic na to nie poradzę. Nie jestem ideałem, mam swoje wady, ale nigdy nie zapomnę o kumplach spod bloku, z Bocianka, o Turnieju Grudniowym. Miło będzie na niego wpaść teraz jako kapitan zwycięzcy finału Pucharu Polski – mówi ulubieniem fanów Arki, no i oczywiście zaprasza w lipcu do Gdyni na eliminacje Ligi Europy. Team Ojrzyńskiego może trafić na przeciwnika z bardzo wysokiej półki, choćby AC Milan, Galatasaray… Skoro spełniło się marzenie Sobieraja o wygraniu jakiegoś trofeum, to dlaczego nie może kolejne. Warto bić się o swoje pragnienia i nie poddawać, ale zawsze trzeba mierzyć wysoko. Jaromir Kruk / Fot. Wajda Foto





