Kiedyś Górnik, dziś Zenit
Środowe popołudnie, Starachowice. Lekko siąpi deszczyk, ale to nie przeszkadza trzem starszym panom sączyć piwko na ławeczce. – Nie wiecie panowie, jaki dziś mecz jest? – zagadujemy. – Mecze u nas to były w latach 70-tych, może 80-tych, teraz zamiast iść oglądać jak się młodzi chłopcy męczą to lepiej se browar żłopnąć – odpiera bez ogródek jeden z miejscowych. – O Sieleckim słyszeliście? – ciągniemy dalej. – A kto to? – zastanawia się inny starachowiczanin…
Degrengolada
Trudno wymagać, by w 2017 roku Starachowice żyły spotkaniem klasy okręgowej (szósty poziom), bo zaczepieni panowie pewnie pamiętają czasy, gdy ich klub bił się o awans do ekstraklasy. W mieście w dolinie rzeki Kamiennej przegrywały takie firmy jak Cracovia, Polonia Bytom, Jagiellonia, Śląsk Wrocław, Raków Częstochowa, Odra Wodzisław, Górnik Wałbrzych, GKS Katowice, Hutnik Kraków, Zawisza Bydgoszcz. Star 11 sezonów z rzędu spędził na zapleczu ekstraklasy i zajmował bardzo wysokie lokaty – drugą w cyklu 1978/79 (za Górnikiem Zabrze) i trzecią 1975/76, 1977/78. Wówczas był to najlepszy zespół w regionie świętokrzyskim, na jego mecze przychodziło nawet po kilkanaście tysięcy ludzi. Piłkarzom Staru było już ponoć za dobrze i nie bardzo chciało im się powalczyć o ekstraklasę, bo mogłoby to oznaczać dla niektórych rozstanie z pracą. Takie podejście przyczyniło się też do degrengolady, a spadek z mocnej drugiej ligi w sezonie 1980/81 oznaczał wbicie pierwszego gwoździa do trumny poważnego futbolu. Trochę lat od tamtej degradacji minęło, Star przeżywał dużo upadków, coraz niżej i niżej, na pewno nieudanym pomysłem okazała się fuzja z Juventą, ale to co najgorsze chyba już za zasłużonym klubem. Kiedyś kibice w Starachowicach marzyli o ekstraklasie, dziś garstka fanów przychodzących na kopaninę w klasie okręgowej wierzy w awans do czwartej ligi. W środę 23 sierpnia nie liczono, że Zenit Chmielnik ściągnie tłumy na trybuny. Bilety za piątaka kupiło jednak kilkudziesięciu maniaków i nie przestraszył ich padający deszcz. – Zenit? Sankt Petersburg to jest dobry – mówił jeden z kibiców Staru (jeżdżący na mecze Widzewa). – Stawiam na nich z Utrechtem – dodał drugi. – Są jacyś znani piłkarze w Zenicie Chmielnik – pytamy tuż przed meczem szalikowców. Kiwają przecząco głowami. – A w Starze jest ktoś na wyższe ligi? – ciągniemy wątek. Też przeczą, ale jeden dodaje: - Ta ekipa by sobie w czwartej poradziła, tylko najpierw trzeba awansować. Szkoda czasu dłużej na okręgówkę i wyjazdy do jakiś Ćmińsków…
Więcej Romanów
Obecnie największą gwiazdą na stadionie Staru jest Rafał Roman, poczciwy spiker, który musi uważać jak pada deszcz, żeby mu nie zamokły notatki. W jego budzie nie brakowało okna, ale komentował boiskowe wydarzenia na poziomie latynoskich artystów. Może nadużywał słów pojedynek, reprezentant, ale mając taki status w Starachowicach mógł sobie na to pozwolić. Emil Krzemiński, prezes Staru potrzebuje więcej takich Rafałów, takich Romanów, którym na sercu leży dobro klubu. Miasto coś tam pomaga, zawodnicy mają zapewnione stypendia na poziomie od 300 do 1100 złotych, co na tym szczeblu należy uznać za niezłe sumy. Niektórzy w świętokrzyskiej klasie okręgowej powinni płacić za to, że ktoś im daje wyjść na boisku, a nie stawiać żądania. Na szczęście w Starze z zawodników nikomu się nie przewraca w głowach i drużyna mocno pracuje na awans. Z Zenitem od początku ostro ruszyła do natarcia.
Bez biegania
Łukasz Ubożak, trener Zenitu Chmielnik nie ma takich możliwości jak Roberto Mancini w Zenicie Sankt Petersburg. Włoch sprowadza piłkarzy z Atletico Madryt, Romy, Chelsea, Olimpique Lyon, w Chmielniku pod skrzydła Ubożaka trafił m.in. zaciąg z Politechniki Kielce. Obrońca, który przyszedł z Polibudy, Hubert Sielecki jako jeden z nielicznych w swojej drużynie biegał z zapałem po boisku. Niektórzy bali się, że za bardzo zmokną, może czekali na piłkę do nogi i patrzyli na futbolówkę zagrywaną przez Mateusza Zacharskiego lecącą w powietrzu. Problemem polskiej piłki, szczególnie tych niższych lig jest przekonanie, że się umie grać. W Starachowicach goście grali przede wszystkim na nerwach trenerowi. Zacharski dwoił się i troił, ale koledzy go nie rozumieli, jakby był z innej galaktyki. Star nie strzelił żadnej bramki przed przerwą, troszkę został przestraszony w końcówce pierwszej części, szczególnie gdy z wolnego przymierzał Sacha. Może też opiekun starachowiczan zwrócił uwagę swoim zawodnikom, że goście nie biegają i nakazał podkręcić tempo. Gole padły dwa, pierwszego przyjezdni obserwowali z uwagą i nie przeszkadzali Starowi. Szkoda jeszcze, że nie bili braw Zenitowi, ale za to w drugim przypadku pomogli, zagrali fair-play. Ot, po prostu jeden z podopiecznych Ubożaka chciał być miły i wyłożył piłkę miejscowemu zawodnikowi. Star wygrał 2:0, a po meczu szkoleniowiec z Chmielnika zwrócił pewnie uwagę swoim, że nie biegali (z wyjątkami). Uznajmy, że to był słabszy występ Zenita, zdarza się, pora by niektórzy wreszcie zrozumieli, że bez zaangażowania to nawet się sukcesów nie osiągnie w mizernej okręgówce. Jakby powiedział klasyk – samym Zacharskim meczu nie wygrasz. Po stronie plusów trzeba zapisać, że nikt się nie kopnął w czoło i będzie gotowy na następny mecz. Skoro chłopaki wierzą, że są piłkarzami z prawdziwego zdarzenia to może przekonają się do tego, że trzeba dawać z siebie na boisku więcej, zasuwać, a nie bujać w obłokach. Kończąc jednak trzeba przyznać, że potyczka Staru z Zenitem nie była jak na okręgówkę zła, a mecze w polskich ligach stałyby na wyższym poziomie gdyby kopacze przestali się uważać za piłkarzy. Może wówczas stali by się przynajmniej biegaczami za futbolówką…



