Wijas: Królestwo za napastnika
Paweł Wijas po przenosinach z Nidzianki Bieliny do Nidy Pińczów, liczył, że jego nowa drużyna będzie przynajmniej średniakiem czwartej ligi. Po siedmiu kolejkach podopieczni Wijasa usadowili się w strefie spadkowej, a w meczu z Pogonią Staszów ich skuteczność, a raczej nieskuteczność wołała o pomstę do nieba. Ambitny szkoleniowiec, jakim jest Wijas wcale nie zamierza się poddawać, a buduje go pracowitość zawodników.
Jak się patrzy na dorobek punktowy Nidy to?
Paweł Wijas: Odczuwam frustrację, bo w tych przegranych spotkaniach wcale nie wyglądaliśmy źle pod względem piłkarskim. Dostajemy różnicą jednej bramki, marnujemy okazje, ale jestem przekonany, że powinniśmy się znajdować znacznie wyżej w tabeli.
Wina takiej niskiej pozycji leży w braku skuteczności?
Raczej tak. Nie udało nam się latem pozyskać nikogo, co dałby jakość w ataku, gole. To nie jest zresztą takie proste, mamy duży deficyt bramkostrzelnych zawodników w regionie świętokrzyskim, nawet na poziomie czwartoligowym.
Nie było szans na sprowadzenie łowcy goli przed tym sezonem?
Każdy taki piłkarz dostępny na rynku się ceni. Nida latem straciła Piotra Piwowara, który przeniósł się do Neptuna Końskie. Piotrek dawał jakość i dziś można stwierdzić, że to brakujące ogniwo Nidy.
Gdyby była taka możliwość którego z napastników ściągnąłby pan do Pińczowa?
Mówiłem działaczom o Rożku z Klimontowianki, bo on stanowiłby gwarancję goli, ale nie dało się go pozyskać. Mateusz Dziubek, czy Karol Mojecki to górna półka i możemy sobie o nich pomarzyć. Musimy jednak pracować, by w obecnym składzie grać efektywniej.
Jak ktoś trafia w słupki, poprzeczki notorycznie można mówić o niefarcie?
Myślę, że to kwesta umiejętności, także mentalności. Piłkarzom z niższych lig brakuje odpowiedniego przygotowania pod względem mentalnym i potem to się przekłada na boisku. Spokój, zimna krew cechuje napastników wyższej klasy. Tomasz Frankowski w lidze polskiej, czy Robert Lewandowski w Bundeslidze robili swoje na spokoju, a większość napastników, nawet w czwartej lidze świętokrzyskiej nie radzi sobie ze stresem. Nad wszystkim trzeba pracować, ale pewnych spraw nie da się przeskoczyć, a wynika to z zaniedbań w okresie juniorskim i także podejścia do futbolu.
Dlaczego aż tylu zawodnikom z czwartej ligi wydaje się, że są piłkarzami przez duże P?
Za szybko zadowalają się w ich mniemaniu sukcesami. Takie podejście źle wpływa na grę, trening, a przecież najwięcej można osiągnąć ciężką pracą, do której tak trudno trzeba przekonywać. Trzeba płacić za zaniedbania w szkoleniu i brak przygotowania mentalnego. W wieku seniorskim naprawdę trudno nadrobić pewne braki.
Widać u czwartoligowców chęć do gry w wyższych ligach?
Powiem szczerze, że nie widzę takiej zaciętości, podejścia jak kiedyś, kilkanaście lat temu. Nasz region jest specyficzny, kuleje skauting, wybijającym się zawodnikom nie jest łatwo stąd się wyrwać. Oczywiście są jednostki, z których należy brać przykład – choćby Rafał Grzyb. W piłce, żeby osiągnąć sukces, nawet w skali krajowej trzeba bardzo, bardzo chcieć i nie załamywać w trudnych chwilach.
Mateusz Pindral to wciąż postać numer jeden Nidzianki Bieliny, w której pan poprzednio pracował. Młodszym zawodnikom nie powinno być wstyd?
Gdyby Mateusz postawił wcześniej na piłkę grałby znacznie wyżej. On ma charakter, świetne podejście do sportu i młodsi koledzy mogą się od niego wiele nauczyć. /JKM/ Fot. Krystian Balicki



