Cebula nie kroi… cebuli
Marcin Cebula to jeden z zawodników, którzy wywołują największe emocje w gronie kibiców Korony. Uznano go za nadzieję żółto-czerwonych, ba widziano go już w pierwszej reprezentacji Polski, ale długo nie spełniał oczekiwań. Odsuwano go na boczny tor, w końcu doczekał się swojego premierowego gola w ekstraklasie, a póki co w 85 występach uzbierał 2 trafienia. Liczby słabe, on sam to wie, ale… Przejdźmy do wywiadu.
Jaki jest górny pułap twoich możliwości?
Marcin Cebula: Jak trafiłem do Korony mówiono, że mam talent, wróżono mi spektakularną karierę. Szczerze – to wcale do mnie nie docierało, ale pomyślałem, że warto w końcu się wziąć za siebie, bo lata uciekają. Jaki jest górny pułap moich możliwości? Nie wiem, ale chyba mam rezerwy.
Trwoniłeś talent?
Może trochę osiadałem na laurach, ale do wszystkiego trzeba dojrzeć. Jak za szybko trafiasz do ekstraklasy, w miarę regularnie w niej grasz wydaje ci się, że tak będzie dalej. To wcale nie jest takie proste, a błędy też popełniałem, nie da się ukryć. Mogłem iść na wypożyczenie do niższej klasy rozgrywkowej jak miałem 18, 19 lat, na pewno nie straciłbym. W ekstraklasie zagrałem w jednym meczu, potem dwa opuściłem, potem znowu zagrałem, a chyba potrzebowałem więcej minut na zielonej murawie.
Na młodych piłkarzy czyhają takie pułapki jak alkohol, kasyna. Groziło ci to?
Do mnie się już kiedyś przykleiła łatka imprezowicza. Nie powiem, że nie chodziłem na imprezy, ale bez przesady, piłka zawsze była dla mnie na pierwszym miejscu. Do pewnych kwestii trzeba dojrzeć, a kasyna mnie nigdy nie interesowały. Zdaje sobie sprawę ilu sportowców wizyty w kasynach pogrążyły.
Jak cię wyzywali z trybun w Kielcach miałeś ochotę zareagować nerwowo?
Nie jest przyjemnie słyszeć epitety pod swoim adresem. Czasami miałem ochotę się odwrócić w kierunku trybun i zrugać jednego, drugiego frustrata, ale się powstrzymywałem. Jeszcze by mi to zaszkodziło. Nie rozumiem gości, którzy mienią się kibicami Korony i wyzywają swoich zawodników. Ci sami klepią po plecach, gdy się zagra dobry mecz, strzeli gola. Trzeba mieć dystans.
Czego najbardziej żałujesz, prócz tego, że nie poszedłeś na wypożyczenie?
Wcześniej po stracie piłki dwa, trzy razy usłyszałem gwizdy i się chowałem. Za łatwo się deprymowałem, teraz głowa pracuje inaczej. Sam doszedłem do pewnych wniosków, pomógł mi również trener Lettieri, który świetnie przygotowuje nas pod względem taktycznym. Sam doskonale wiem, że jeśli nie wezmę się za siebie to zginę w przeciętności i skończę na przykład w Pogoni Staszów. Na poziom ekstraklasy trudno się wspiąć, za to szybko można z niego spaść.
Ci dziennikarze, którzy pisali, że Marcin Cebula to kandydat do reprezentacji Polski seniorów mylili się?
Zrobię wszystko, by się nie mylili. Nikt mi nie zabroni rezygnować z marzeń.
Na mundialu w Rosji zagra plejada twoich rówieśników. Nie jesteś zazdrosny?
Może jakby inaczej się to potoczyło to może bym zagrał w Rosji. Z drugiej strony jestem stosunkowo młodym zawodnikiem i dlaczego nie miałbym się dostać do kadry na Euro 2020. Jak ktoś dobrze gra w klubie to dostaje szanse od Adama Nawałki.
Wycisnąłeś maksimum z tych powołań do kadr juniorskich?
Pojeździłem trochę na konsultacje, parę spotkań zaliczyłem, ale… To wszystko mało. Nie chcę mi się gdybać, bo gra w klubie ma przełożenie na kadrze, szereg czynników wpływa na całość. Liczyłem na więcej w U-21.
Finał Pucharu Polski na Stadionie Narodowym to twoja obsesja?
Po zdobyciu takiego trofeum z Koroną mógłbym odejść z Kielc, ha ha. Taki mecz na Narodowym to coś wspaniałego, siedzi gdzieś z tyłu głowy. W szatni się rozmawia o Pucharze Polski, w półfinale z Arką łatwo nie będzie, ale trzeba ich przejść.
Nie masz obaw, że przystąpicie do potyczek z Arką przemotywowani?
Nie. Powinno być dobrze.
Marcinowi Cebuli nie doskwiera brak liczb?
Jakbym co tydzień grał przeciw Cracovii statystyki wyglądałby lepiej. Dwie bramki to tylko dwie bramki, a ile się musiałem naczekać na tą debiutancką… Kamień spadł z serca po pamiętnym trafieniu i coś się zaczęło dziać. Wiem, że stać mnie na odgrywanie poważnej roli w Koronie, ale trzeba więcej asyst, bramek. Na Wiśle asystowałem przy golu Jacka Kiełba i to mnie ucieszyło i jeszcze zmobilizowało. Sam od siebie wymagam dużo.
Piłkę traktujesz jako przyjemność czy przede wszystkim chodzi o zarabianie pieniędzy?
Od dzieciaka uganiałem się za futbolówką i kopanie jej sprawiało mi frajdę. To pozostało do dziś, a dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają.
Bliscy wiążą z tobą duże oczekiwania?
Tata grał w piłkę, z braćmi też się chodziło na boisko. Gdyby nie oni to byśmy teraz nie rozmawiali o finale Pucharu Polski.
Płakałeś kiedyś po meczu?
W latach juniorskich może, ale nie należę do ludzi, którzy się tak rozklejają.
Nawet jak kroją cebulę?
Nie kroję cebuli.
Dlaczego?
Z sentymentu.
Gdybyś nie został piłkarzem walczyłbyś w Klinczu?
Nie nadaje się do tego. Dwa razy byłem na treningu. Fajnie, ciężko, podziwiam chłopaków z Rafałem Maciaszkiem na czele, super robotę wykonują. Godzina treningu w sportach walki daje wycisk. Zawodnikiem Klincza poczułem się na trójkach, mam nadzieję, że byli ze mnie zadowoleni.
W szachy grasz?
Nie zdarza mi się. Wolę futbol.
Kto jest twoim idolem?
Nie będę oryginalny. Leo Messi, lider Barcelony, za którą jestem od dziecka.
Kogo typujesz na mistrza świata w Rosji?
Chciałbym, żeby Messi wzniósł trofeum, lecz Argentyna chyba nie da rady. Obawiam się, że Niemcy obronią złoto. Rozmawiał Jaromir Kruk / Fot. Radek Piasecki / Kamil Walas






