Mistrz cebulowej ligi
11 porażek w sezonie 2017/18 nie przeszkodziło Legii Warszawa w zdobyciu kolejnego tytułu mistrza Polski. Stołeczny zespół wzmocniony latem m.in. Carlitosem i Jose Kante w eliminacjach Champions League bez problemów uporał się z Cork City i miał tak samo postąpić ze słowackim Spartakiem Trnawa. Ekipa, którą prowadzi dobrze u nas znany Radek Latal do Warszawy jechała jak na ścięcie, a tymczasem ograła pewnych siebie gospodarzy 2:0.
To zwycięstwo zaszokowało nawet słowackich dziennikarzy, tak jak trafienia na Łazienkowskiej Erika Grendela (w ekstraklasie dla Górnika Zabrze 49 spotkań – 3 gole) i Jana Vlasko (w ekstraklasie dla Zagłębia Lubin 26 meczów – 0 goli). Legia, w której co chwilę Dean Klafurić mieszał w składzie i próbował różnych wariantów taktycznych wyglądała na tle przeciętnego słowackiego zespołu jak stado baranów prowadzonych na rzeź. Mimo porażki nie brakowało osób, które wierzyły w obronienie strat przez mistrzów Polski, których w Trnawie wsparło na trybunach pięknego obiektu Spartaka około 1500 fanów. Pewnie zaskoczyło ich pozostawienie na ławce rezerwowych Carlitosa, jednego z zawodników, którzy potrafią grać jeden na jeden. Towarzyszyli mu Sebastian Szymański i Kasper Hamalainen, kolejni goście, którzy od czasu do czasu mogą dać drużynie coś ekstra. Pierwsza połowa stała na słabiutkim poziomie, Spartak sprawiał wrażenie drużyny przestraszonej szansą na awans, a Legii brakowało w zasadzie wszystkiego, włącznie z determinacją. Gdy z boiska za drugi żółty kartonik wyleciał Marko Vesović gospodarze wcale nie ruszyli zdecydowanie do przodu. Nie było widać wcale przewagi liczebnej Spartaka, który przyjął cios już po przerwie gdy na boisku przebywał Carlitos. Legia w dziesiątkę wyglądała zdecydowanie lepiej od miejscowych, ale brakowało potwierdzenia tego kolejnym trafieniem. Bliski powodzenia był Portugalczyk Cafu, nie mylić z legendarnym Brazylijczykiem, który zmarnował kapitalną okazję, a prócz tego zepsuł kilka fajnych akcji swoimi kiksami. Zawalił trener Klafurić, który uwierzył w swoją wielkość i poronione pomysły, zawiedli zawodnicy z Bałkanów – wspomniany Vesović, a także Domagoj Antolić, który tak samo jak Czarnogórzec ujrzał dwa żółte kartoniki w rezultacie czerwień. Aż trudno w to uwierzyć, ale ten facet grał w reprezentacji Chorwacji, ba, i to nawet w meczu z Argentyną z Leo Messim w składzie. – Na papierze to mamy świetny skład – przyznał potem wybitnie wkurwiony, jak sam powiedział Arkadiusz Malarz. Psioczymy na polską ekstraklasę, słusznie, ale naprawdę personalnie Legia zebrała mocną paczkę. Doświadczenie, ogranie w Europie, u niektórych całkiem niezłe umiejętności, niestety rzadko to znajduje przełożenie na zielonej murawie. W Trnawie Legia mogła wyeliminować wystraszonego i dużo od niej słabszego piłkarsko rywala, lecz ponownie nie zagrała na miarę swoich możliwości. Z czego to wynika? Z bzdurnych pomysłów trenera, jego kombinacji, ale dużo winy jest po stronie zawodników. – Każdy z nas powinien pomyśleć o sobie – mówi Arek Malarz, pewnie niektórzy jego koledzy nawet się tym nie przejmują. Klub traci kasę, ale panowie piłkarze świetnie zarabiają, specjalnie się nie wysilając. To wszystko bierze się z przyzwyczajeń z polskiej ekstraklasy, która nosi na wyrost nazwę ekstraklasa, a wszelkie proporcje w niej są poważnie zachwiane. Nie oszukujmy się, tam futbolu jest mało, raczej pozerka, udawanie, kombinowanie, pieprzenie o wyciąganiu wniosków, meczach walki, szacunku do kibiców. Potem taka Legia gra ze Spartakiem Trnawa, klubem z dużo mniejszym budżetem, za to z ambitniejszymi piłkarzami. No, bo chyba w Europie nic tak nie psuje zawodników jak nasza gówniana ekstrak(l)asa. Kasa się zgadza, wyniki w pucharach już nie. Najbardziej szkoda kibiców. /JKM/ Fot. Radek Piasecki





