Zając o lidze… odrzuconych
Rozmowa z Patrykiem Zającem, wychowankiem Korony Kielce, zawodnikiem czwartoligowej Lubrzanki Kajetanów, wcześniej graczem Neptuna Końskie i ŁKS Probudex Łagów.
Jesteś zadowolony z tego, że obecnie grasz w Lubrzance Kajetanów?
Patryk Zając: Na pewno czwarta liga nie jest szczytem moich marzeń, celuje znacznie wyżej, ale tak się wszystko potoczyło, że bronię barw Lubrzanki. Popełniłem parę błędów, miałem problemy ze zwichnięciem rzepki, wróciłem po rehabilitacji za szybko i kontuzja mi się odnowiła. Trzeba było wtedy od razu poddać się zabiegowi, ale posłuchałem jednego lekarza, a inny miał rację. Tak to w życiu bywa, a ja straciłem przez urazy cenne półtora roku.
Jak byłeś na wypożyczeniu z Korony to ktoś z kieleckiego klubu się interesował twoimi losami?
Gdy byłem w Neptunie Końskie pytali o mnie Sławomir Grzesik, Paweł Czaja, cały czas interesował się Marek Graba, który piłkarsko mnie ukształtował. Chciałem wrócić do Korony, grać w rezerwach, ale tą drużynę wtedy rozwiązano. Tak naprawdę nigdy nie dostałem w macierzystym klubie prawdziwej szansy, ale to norma w polskiej rzeczywistości. Ktoś tam może coś mówić o Patryku Zającu, ale będąc na wypożyczeniu z Korony leczyłem się na swój koszt.
Pomysł z ŁKS Łagów nie wypalił?
Byłem podekscytowany przechodząc do Łagowa, bo trafiłem do dobrego zespołu, który osiągnął wartościowy wynik w poprzednim sezonie, pracował w nim dobry trener – Paweł Jaworek. Wszystko było poukładane przez pana Marka Brudka, ale coś nie wypaliło. Pewnych rzeczy w piłce nie da się przewidzieć.
Nie przeszkodziło to, że jesteś w gorącej wodzie kąpany?
Nie lubię przegrywać i zdarzały się momenty, stanowczo zbyt często, że przestawałem panować nad emocjami. Nie ma co się nad tym rozwodzić, pokora się przydaje, pomaga.
Dyskusje z arbitrami, rywalami, trenerami nie zabierają ci zbyt dużo energii?
Na to zwracał mi uwagę Marek Graba, nie tylko zresztą on. Dziś sobie z tego zdaje sprawę co robiłem i robię źle i staram się korygować. Szczególną uwagę zwraca też na to brat, w zasadzie dla mnie najważniejsza osoba po mamie. On też chciałby się cieszyć z moich sukcesów. Wiem, że był dumny po ostatnim Grudniowym, a to był mój najlepszy start w trójkach. Z Pilka CV na Vipach w pierwszej rundzie wygraliśmy wszystkie spotkania, a potem niefortunnie wpadliśmy na Banga z Karolem Armatą io Dominikiem Szymkiewiczem w składzie. Chciałem ich bardzo ograć, a nigdy nie zapomnę jak mi pomagali w Neptunie Końskie. Jadę tam teraz z Lubrzanką i liczę, że sprawimy niespodziankę.
Coś szczególnie spodobało ci się na ostatniej Grupie VIP Probudex na Grudniowym?
Raz mocno powalczył ze mną o piłkę Dariusz Pietrasiak, trener Wisły Sandomierz, były reprezentant Polski, ale to my wygraliśmy z jego KIA Motors Patecki. Dużo fajnych piłkarzy brało udział w ostatnich VIP-ach, no i obiecałem sobie, że do każdego kolejnego Grudniowego będę się bardziej przykładał. Najprzyjemniej byłoby ograć Banga, bo moi koledzy z Neptuna to na trójkach kozacy z najwyższej półki. Nie wolno się jednak stawiać na straconej pozycji.
Głupie odzywki do Waldemara Szpiegi pogorszyły ci notowania w Neptunie?
Po części też, lecz proszę zrozumieć, że dla 17-latka z Korony przeskok do seniorskiej piłki na pułapie czwartej ligi wiązał się z szokiem. To były zupełnie inne realia, a jak się okazało wcale nie było łatwo, wprost przeciwnie. Na nikim nie robiło wrażenia, że jestem wychowankiem Korony i nie radziłem sobie z codziennymi problemami, mimo wsparcia Waldemara Szpiegi. Dziś wierzę, że nauka z Neptuna nie poszła w las.
W Lubrzance potrzebujesz liczb?
Zgadza się. Bramki, gole, to jest jak najbardziej wskazane, a chciałem udowodnić coś ludziom, którzy mnie skreślili w Koronie. Nie skończyłem się i nie przestaje wierzyć, że pogram w piłkę wyżej. Nie po to poświęciłem tyle czasu by utkwić w niższych ligach. Nikt mi nie zabroni mieć duże aspiracje.
Chyba masz szczęście, że trafiłeś na takiego szkoleniowca jak Dariusz Kozubek?
On osiągnął sporo jako piłkarz, zapisał się złotymi zgłoskami w dziejach Korony, jako trener zaskoczył bardzo w Spartakusie Daleszyce. Widać, że jest profesjonalistą w każdym celu, chce przekazać wiele zawodnikom, zależy mu na tym, by się rozwijali. Podziwiam go, że nie traci zapału, choć wiadomo w jakich warunkach funkcjonuje. Nie narzeka, jeszcze zaraża entuzjazmem. Dziwi mnie, że taki człowiek nie pracuje w pierwszej lidze, ekstraklasie, bo po prostu tam jest jego miejsce.
W czwartej lidze chyba pełno jest osób niedocenianych, niechcianych w swoim naturalnym piłkarskim środowisku, nie masz takiego wrażenia?
Czwarta liga weryfikuje ludzi. Jednym czegoś zabrakło, innym ktoś nie chciał pomóc, jeszcze innym rzucano kłody pod nogi. Piłka nożna jest brutalna, a w naszym regionie młodzi startują z wyjątkowo niskiego pułapu. Skauting kuleje, promocja również, medialnie to słabo wygląda, a w czwartej lidze świętokrzyskiej występuje dużo chłopaków, którzy taką trzecią ligę zjedliby bez problemu. Co ja mówię, Karol Armata pograłby znacznie wyżej, Dominik Szymkiewicz pewnie też. Jesteśmy zapomniani przez piłkarski świat, ale nie można się poddawać. Trzeba dawać z siebie wszystko, walczyć do upadłego. Nie tracę wiary, bo jak mówiłem, chcę coś udowodnić komuś i przede wszystkim samemu sobie.
Po to by brat pochwalił?
Po to mnie gani tyle razy, żeby kiedyś pochwalić. On jest starszy ode mnie o 12 lat, swoje przeżył, też grał w piłkę, więc zasługuje na coś ode mnie. Kiedyś się biegało by zdążyć na autobus na trening, nie było wody w klubie, ale nawet będąc w czwartej lidze powiem z przekonaniem, że to miało sens. Swoje trzeba odcierpieć, przeżyć, a może gdzieś tam czeka nagroda. Rozmawiał Jaromir Kruk / Fot. KF / Radek Piasecki






