Paprocki: Presja pasuje
Wiosną 2011 zaliczył 2 występy w ekstraklasie w barwach Korony, wcześniej regularnie grywał w kadrach Polski juniorów. Teraz szykuje się do walki o awans do trzeciej ligi z ŁKS Probudex Łagów.
Co waszej drużynie dała runda wiosenna?
Andrzej Paprocki: W składzie ŁKS doszło do wielu zmian, grupa piłkarzy odeszła, inni przyszli. Podczas tej rundy poznałem filozofię trenera Ireneusza Pietrzykowskiego, prezesa, klub, wiem jakie są wymagania wobec zawodników.
Irek Pietrzykowski preferuje system kopnij – biegnij?
Słyszałem takie opinie i nie zgadzam się z nimi. Pietrzykowski po prostu chce by jego drużyny grały prostą piłkę. Jak masz okazję do uderzenia z pierwszej piłki to uderzasz, nie lubi jak się bawimy w Barcelonę. Do tej pory metody trenera się sprawdzały, przynosiły efekty i to pewnie denerwuje jego oponentów.
Jak się widzisz w układance Pietrzykowskiego?
Dogadujemy się cały czas, dużo rozmawiamy. Z Marcinem Kołodziejczykiem obaj lubiliśmy przytrzymać piłkę, co nie zawsze przypadało do gustu trenerowi. Trzeba szukać zawsze optymalnych rozwiązań.
Masz zakaz gry jeden na jeden?
Jak mówię, że mamy grać prostą piłkę to nie znaczy, że unikamy pojedynków. Najważniejsza jest korzyść zespołu. Jak ogram dwóch rywali i wyłożę koledze piłkę, zaliczę asystę wszyscy będą zadowoleni, logiczne. Można połączyć podejmowanie ryzyka z odpowiedzialnością taktyczną.
Prezes oczekuje od was efektownego futbolu?
Jak każdy prezes chce zwycięstw, goli. Czasami można zagrać słabiej, przegrać przypadkowo, bo futbol jest dla ludzi, nie brakuje w nim emocji. Sami od siebie wymagamy wygranych i chcemy zdobywać jak najwięcej goli. Jak często będziemy trafiać po akcjach składających się z trzech, czterech podań prezes i kibice ŁKS Probudex Łagów nie powinni narzekać.
Głupio się czułeś po majowym laniu z rezerwami Korony w Kielcach?
Ogarnęło mnie poczucie zawodu. Na mecz na Szczepaniaka przyszły rodziny, znajomi. U nas w składzie kilku chłopaków wychowywało się w Koronie, ja debiutowałem w tym klubie w ekstraklasie, więc oczywiste pragnąłem się pokazać z jak najlepszej strony na dobrze znanym obiekcie. Skończyło się batami. Wstyd, więc pewnie nikogo nie przekona tłumaczenie, że się spaliliśmy. Na tym poziomie nie ma ono kompletnie racji bytu.
W Łagowie słowo musi zastąpi teraz może?
W sezonie 2019/20. Mi ta presja odpowiada. Jak przegramy będą z nami jechać gazety, portale, kibice będą wściekli. Powiedzą, że Łagów ma kasę, a przegrywa. My musimy grać jak najlepiej, bić się o awans. To, że jesteśmy uznawani za jednego z faworytów nie gwarantuje wygranych, trzeba je wyszarpać na zielonej murawie. W futbolu nic łatwo nie przychodzi i dlatego też jest taki atrakcyjny.
Będzie u ciebie napinka na Spartakusa Daleszyce?
Rozstałem się ze Spartakusem w zgodzie, mam sentyment do tego klubu i jak w każdym meczu będę chciał wypaść jak najlepiej.
Dziś rozmawiamy o Spartakusie, kiedyś widziano cię w wielkiej piłce. Kiedy byłeś jej najbliżej?
Uzbierałem trochę meczów w kadrach Polski od U-15 do U-19. Michał Żyro, Damian Dąbrowski, Wojciech Golla, Wojtek Lisowski byli moimi kolegami. Rywalizowało się z Włochami, Holandią, strzelało gola Węgrom, ale nie przekonałem do siebie trenera Leszka Ojrzyńskiego. On preferował inny styl i musiałem odejść z Korony, potem zerwałem więzadła… Cóż, tak bywa w piłce, w życiu, ale nadal robię to co lubię.
Dlaczego nie przebiłeś się w Legionovii?
Poszedłem tam po dobrej rundzie w rezerwach Korony. Ryszard Wieczorek postawił jednak na Marcina Wodeckiego, któremu dał zadebiutować w ekstraklasie, a mi pozostała ławka. Trochę żalu do trenera miałem, bo zasłużyłem na więcej szans, nie tylko na pozycji Wodeckiego. Nie zamierzam teraz marudzić, bo to nic nie zmieni. Cieszę się, że jestem w Łagowie u Ireneusza Pietrzykowskiego, gdzie panuje zdrowa sportowa rywalizacja. Zamierzam pokazać w najbliższym sezonie klasę na boisku i liczę, że także będą mi wychodzić dryblingi. Po takich co dadzą drużynie gole i asysty także Irek się uśmiechnie. /JKM/ Fot. Paweł Jerzmanowski






