Piłka to przyjemność
Patryk Zawierucha od sezonu 2013/14 broni barw Lubrzanki Kajetanów i nie zamierza się, póki co z tego klubu ruszać. Wie, że nie zrobi kariery, a na głowie ma rodzinę i dwie prace.
Jak się zostaje kapitanem Lubrzanki Kajetanów?
Patryk Zawierucha: Po odejściu Michała Brachy, Karola Brachy okazało się, że jestem jednym z najstarszych i mających najdłuższy staż zawodników w Lubrzance. Jeszcze za kadencji trenera Dariusza Świetlika dokonano takiego wyboru. To bardzo miłe dla mnie, a ja zawsze wychodząc na boisko daje z siebie maksimum.
Nie boisz się groźnego spojrzenia Jacka Pawlika?
Współpraca z obecnym szkoleniowcem Lubrzanki układa się bardzo dobrze. Ma odpowiednie podejście do zawodników.
Co to znaczy odpowiednie podejście?
Zna realia czwartej ligi świętokrzyskiej, wie jak funkcjonują kluby. Stara się z każdego z nas wykrzesać jak najwięcej, dba o atmosferę w zespole, bo to klucz na tym poziomie. Na pewno do rundy wiosennej 2020 zostaliśmy przygotowani bardzo dobrze i pokazaliśmy się z niezłej strony na tle lidera w Łagowie. Trener dopasował taktykę pod nas, pod rywala i dobrą organizacją staraliśmy się uprzykrzyć życie zespołowi Irka Pietrzykowskiego. Podjęliśmy rękawice, a mimo porażki 0:2 pełni optymizmu czekaliśmy na następne spotkania. Niestety, koronawirus pokrzyżował plany nie tylko Lubrzance. Cały sport stoi i trudno przewidzieć kiedy wrócimy do normalności.
Jak powinno być ze spadkami i awansami w czwartej lidze?
Czytałem ostatnio, że działacz PZPN zaproponował podzielenie tabeli na pół. Część drużyn grałaby o lokaty 1-9, część o 10-18, ale czy będą na to terminy? Podobne pytania zadają sobie teraz na całym świecie, nie tylko piłka nożna, sport są pogrążone w kryzysie. Nie mamy wpływu na sytuację, możemy tylko stosować się do zaleceń i czekać. Kiedyś to w końcu skończy, oby jak najszybciej.
Szkoda chyba Damiana Kopycińskiego, bo osiągnął obiecującą dyspozycję?
Szkoda Kopytka, szkoda całego zespołu. Czuliśmy się naprawdę dobrze.
Damianowi nie brakowało wsparcia w ataku w Łagowie?
Tak, ale to też wynikało z założeń taktycznych. Byliśmy ustawieni defensywnie, nie da się ukryć.
Widziałeś z perspektywy zielonej murawy ruletę Kopytka w stylu Zinedine Zidane’a?
Widziałem i byłem pod wrażeniem. Wcześniej takie wychodziły Bartkowi Bębnowi, Kopytko pozazdrościł i pokazał w Łagowie, że też potrafi. W szatni nawet trener o tym wspominał, a my się cieszymy, że Damian złapał taką pewność siebie. Zimą pracował naprawdę imponująco.
Zakładałeś, że tyle lat spędzisz w Lubrzance Kajetanów?
Jak tu przyszedłem miałem określoną hierarchię. Rodzina – mam dwójkę dzieci, praca, potem futbol. Piłka to przyjemność, ale jak wychodzę na trening i mecz zasuwam na sto procent.
Ty, wychowanek Korony nie wierzyłeś, że możesz zawodowo pograć w piłkę?
Kiedyś wierzyłem. Byłem na testach w mocnym, trzecioligowym Granacie Skarżysko u Irka Pietrzykowskiego, ale się nie przebiłem. Zostałem w Lubrzance, do której trafiłem z Orląt Kielce. Nie ma co narzekać, będę podkreślał, że czerpię przyjemność z gry. Mimo, że mam sporo obowiązków poważnie podchodzę do reprezentowania Lubrzanki.
Kiedy Lubrzanka była najmocniejsza?
Z Michałem i Karolem Brachą, jeszcze był Rafał Cedro, Armata, Maciejka, dobrzy bramkarze. Przed reorganizacją zaliczaliśmy się czołówki, potem gdy do czwartej ligi zeszli mocni spadkowicze – Łysica, Czarni Połaniec, był silny Granat, jeszcze kilka innych ekip. Obsuwaliśmy się w stawce, środek tabeli, walka o utrzymanie. Nie poddajemy się.
Futbol w takich ośrodkach jak Kajetanów ma rację bytu?
Tak, wszędzie ma rację bytu. Skoro są ludzie, którzy chcą wspierać sport, zawodnicy to trzeba się tylko cieszyć. Na nasze mecze przychodzi mniej więcej tyle samo kibiców co w niektórych dużo większych miejscowościach. Jeździmy na wyjazdy i widzimy. Na szczęście ktoś się piłką w takim wymiarze interesuje.
Słyszałeś, że wielu zawodników nie chce nawet rozmawiać o przejściu do Lubrzanki?
Zależy kto ma jakie oczekiwania, wymagania. Jeden nie chce przyjść, inny chce. Ciężko jest teraz z młodzieżą, trzeba namawiać juniorów do gry w piłkę. Ja uważam, że dużo można się też nauczyć w Kajetanowie, szczególnie w zakresie defensywy. Gra obronna to podstawa, to żadna nowość. Jak ktoś chce być piłkarzem, poświęci się temu w stu procentach ma szansę wypłynąć także z Lubrzanki. Nie da się tego jednak zrobić na skróty, trzeba harować i starać się rozwijać. Wielu młodym zawodnikom, ba większości brakuje charakteru, ambicji i sensownych celów. Czwarta liga świętokrzyska to raczej nie miejsce do zarabiania pieniędzy. Owszem, coś można dostać, ale tu się gra dla satysfakcji, radości.
Nie myślisz, że po czasie koronawirusa z czwartej ligi wyparują pieniądze?
Nie mam pojęcia. Kluby są przede wszystkim utrzymywane przez samorządy. Niektórzy dostali już transze z kasą, a teraz nie muszą płacić zawodnikom. Może więc…. Dobra, to tylko gdybanie, bo my nie wiemy na czym stoimy. Trzeba trzymać kciuki, na całym świecie za jak najszybsze zwycięstwo z koronawirusem.
W swoim debiucie w Sportingu Kielce w Turnieju Grudniowym zająłeś drugie miejsce. Dlaczego potem były tylko 1/8 finału?
Sporting ma cały czas mocny skład i nie daje się wypchnąć z najlepszej szesnastki trójek. W 2016 roku byłem zgrany z Grześkiem Kunderą i Tomkiem Miernikiem, rozumieliśmy się znakomicie. Mogliśmy nawet ograć w finale Banga, a o porażce zadecydowały detale. Potem skład Sportingu, też ze względu na kontuzje się zmieniał, może trochę brakowało nam pewnych automatyzmów. W 2018 roku dopadła nas jakaś plaga i na 1/8 finału z Czasem Na Kielce ledwo udało się zebrać skład. W kolejnej edycji poszliśmy za bardzo w drugą stronę, tym razem osób było za dużo. Słabo graliśmy w drugiej rundzie, traciliśmy za dużo goli. Żal jednak porażki z Czarodziejami Końskie, bo mieliśmy piłkę przy stanie remisowym 2:2, 3:3 i można było przechylić szalę na swoją korzyść. Szkoda, ale wierzę, że w następnym podejściu będzie lepiej. Taki Adaś Jończyk, weteran Sportingu, niezwykle doświadczona postać na trójkach zasługuje na kolejny sukces. Na pewno gra z nim to przyjemność.
Zdziwił cię triumf Kor-Transu w Grudniowym 2019?
Bang znowu był faworytem, pewniakiem do wygranej. Kor-Trans uważałem za mocny zespół, kandydata do czołowych lokat, ale nie spodziewałem się, że będą najlepsi. Uznanie dla nich, bo strącili z tronu giganta trójek, i to w jakich okolicznościach. Kor-Trans bramkę na 2:2 w finale zdobył grając dwóch na trzech. To do dziś i pewnie jeszcze długo będzie się wydawało nierealne, bo parę sekund przed końcem meczu o pierwsze miejsce obrońca tytułu znajdował się w posiadaniu piłki.
Jaki czynnik decyduje o zwycięstwach na Grudniowym?
Grono finalistów trójek jest dość hermetyczne. Każdy zespół ma swoje preferencje, uzależnia się je od potencjału, predyspozycji zawodników. Są różne style, ale najważniejsze by nie popełniać prostych błędów, a umieć takie wykorzystać u przeciwnika. Piłka to prosta gra, a jak powiedział słynny Johann Cruyff prosto gra jest najtrudniej. To się tyczy trójek.
Łatwiej jest z Pawłem Jugo w bramce?
To co on wyprawia to przechodzi ludzkie pojęcie. Świetny bramkarz, legenda turnieju. Każdy by go chciał mieć w składzie, bo nie dość, że broni to ustawia drużynę w obronie. Tym bardziej doceniam sukces Kor-Transu w Grudniowym 2019. /JKM/ Fot. Krystian Balicki / Kamil Bielaszewski / WajdaFoto




