Słowa i czyny
Tomasz Kołodziejczyk o pracy trenera, Orlętach Kielce, swojej przygodzie z piłką, drużynie Niburskiego. – Nie uważam się za najmądrzejszego, słucham innych – mówi popularny Tołdi, jeden z najzdolniejszych szkoleniowców regionu.
Mając 16, 17, 18 lat brałeś pod uwagę, że będziesz trenerem?
Tomasz Kołodziejczyk: Nie zastanawiałem się na tym, nie wybiegałem w przyszłość. Na pewno nie spodziewałem się, że tak się moje losy potoczą.
Gdybyś teraz wśród swoich podopiecznych miał 18-letniego Tomka Kołodziejczyka jakbyś do niego podchodził?
W tych czasach jest większa świadomość zawodników. Wtedy gdy miałem 18 lat nie było takiej pomocy, możliwości, proszę zauważyć jak się rozwinął Internet. Teraz trzeba prowadzić dużo indywidualnych rozmów, tłumaczyć, podpowiadać, dawać alternatywy.
Często piłkarze, u których powiedzmy głowa nie dojeżdża zachodzą daleko. Jak z takimi pracować?
Każdy człowiek jest inny i trzeba to brać pod uwagę. Jednego zganisz i dobrze zadziała, innego trzeba pochwalić, zachęcić. Słyszałem od starszych trenerów, że takich niepokornych lepiej się pozbywać. Według mnie jednak można za dużo stracić. Mówi się o bramkarzach, że nie są święci. Taki Artur Boruc ma charakterek, a ile w futbolu osiągnął. Jeden mecz, gol, zagranie, moment, czasami dobre słowo szkoleniowca może zmienić wiele.
Kiedy ty jako zawodnik byłeś najbliżej wielkiej piłki?
Za czasów Kolportera w Koronie niby było zainteresowanie moją osobą z pierwszej drużyny, ale generalnie walczyłem o swoje w rezerwach. Tam też była mocna konkurencja, a jak schodzili zawodnicy z najważniejszego zespołu to wychowankowie mieli trudniej. To mogło przytłaczać.
Z tych piłkarzy, z którymi wówczas trenowałeś kto imponował ci umiejętnościami?
Jak jeszcze schodzili z trzeciej ligi to nie było takich dysproporcji. Bardzo dużym potencjałem dysponował świętej pamięci Kuba Zabłocki, który miał trudny charakter. Pamiętam też już później jak w rezerwach pomogli nam Tomasz Owczarek i Robert Kolendowicz, którzy służyli radami młodym piłkarzom i bardzo się przykładali.
Grzegorz Piechna?
Nie byłem zapraszany na treningi pierwszego zespołu. Raz pojechałem na sparing na jakiś jubileusz Prochu Pionki. Z tamtego klubu wyżej poszedł Sławek Rutka, słynny koroniarz, też niestety świętej pamięci. Do Pionek wzięli mnie, Łukasza Gągorowskiego, Michała Piroga, bo polecił nas Marek Mierzwa. Szkoleniowiec pierwszej, Ryszard Wieczorek nawet się w Pionkach nie pojawił, zastępował go Piotr Wojdyga. Wszedłem na 20 minut, strzeliłem gola, zaliczyłem asystę i co? No właśnie nic, bo chyba pojechaliśmy na ten sparing na sztukę.
Korona zawsze nie wspierała swoich wychowanków?
Po spadku do pierwszej ligi szanse dostali Piotrek Gawęcki, Michał Michałek – według mnie bardzo dobry zawodnik, Krzysztof Kiercz, Paweł Kal. Okazało się, że młodzież nie zawiodła, ale polityka Korony wróciła na dobrze znane nam tory. Przykre, że nie stawia się na mistrzów z CLJ-ki, ale cóż… Korona ma pełne prawo do wyboru.
Takie podejście klubów nie wpływa deprymująco na utalentowanych piłkarzy?
Trudno jest porównywać nasz region do Mazowsza, gdzie poziom jest wyższy. U nas brakuje klubów z pierwszej, drugiej ligi, a ci najzdolniejsi zatrzymują się w czwartej lidze. Zniechęcają się, a niekiedy boją podjąć ryzyka by wyjechać poza świętokrzyskie.
Minimalizm?
Trzeba zrozumieć młodych chłopaków. Z testami też różnie bywa. Jak masz zaproszenie od klubu to lepiej, jak ktoś załatwia to niekiedy je przeprowadzają dla świętego spokoju. Owszem, wybitne talenty sobie poradzą, ale ile takich się pojawia. Jak zawodnik ma 17, 18 lat i to coś to trzeba go szlifować, a nie zniechęcać.
Jako szkoleniowiec jesteś w stanie wyczuć moment, kiedy zawodnik już musi odejść do wyższej ligi?
Ciężko to wyczuć, naprawdę. Jak ma chłopak odejść z Orląt do średniaka czwartej ligi i siedzieć na łąwie, lub grać ogony to wydaje mi się, że lepiej zostać. U nas na treningi przychodzi 18-22 osoby, ciężko pracujemy, żeby podnosić poziom. W takim młodym wieku ważne jest granie, nie pieniążki. Wydaje mi się, że celem młodych też nie powinna być czwarta liga, ale druga, pierwsza. Cały czas wprowadzam juniorów i ogrywam w seniorskim futbolu i może pojawią się tacy, którym powiem, że pora próbować swych sił znacznie wyżej. Nie można robić przeskoku dla przeskoku.
Jak wy to robicie, że na treningi przychodzi tak wielu zawodników?
Nie przyciągamy ich finansami, panuje u nas kapitalna atmosfera, a wszyscy się wzajemnie szanują. Staram się uczciwie przedstawiać sytuację, nie obiecuje gruszek na wierzbie. W sezonie 2018/19 priorytetem dla Orląt były rozgrywki juniorskie, awansowaliśmy do ligi makroregionalnej i młodzież ma teraz większe możliwości, lepszych rywali. Potem zrobiliśmy krok w seniorach, a w okręgówce nadal zamierzamy bazować na swoich piłkarzach. Oczekuje od nich kolejnych postępów.
Piłkarze Orląt mają mentalność na poważniejsze wyzwania? A co to jest właściwie mentalność?
Zawodnicy powinni brać za siebie odpowiedzialność. Ogólnie młodzieży brakuje charakteru, dlatego trzeba docierać do ich głów, psychiki. Co z tego, że masz bardzo dobrych piłkarsko chłopaków, skoro nie odnajdują się w rywalizacji. Praca w takim klubie jak Orlęta, który ma swój plan wymaga poświęceń i konsekwencji. Nie ma u mnie miejsca takich co olewają sprawę, liczy się zaangażowanie i chęć podnoszenia kwalifikacji.
W jakim kierunku podąży futbol w niższych ligach po pandemii koronawirusa?
Na pewno dojdzie do wielu cięć finansowych, wszystkich to dotknie. U nas w Orlętach nie dyskutuje się o kasie, nikt nie przychodzi tu by zarobić. Może po wirusie w klubach zostaną ludzie, dla których najważniejsza jest pasja? Tak powinno być, bo nie rozmawiamy o ekstraklasie, pierwszej lub drugiej lidze.
Nie marzy się wam w Orlętach wychowanie kogoś takiego jak Radek Majecki, bramkarz Legii, który za grubą kasę odejdzie do AS Monaco? A zaczynał w Arce Pawłów.
U nas trenerzy w grupach młodzieżowych przykładają się do roboty i pewnie każdy po cichu marzy byśmy kogoś ukształtowali tak by trafił wysoko. Fajnie byłoby się dogadać z jakimś klubem z ekstraklasy i podpisać umowę partnerską. Wysyłało by się chłopaków na testy, widzieli by większy futbol, ktoś by może odpalił. Dużo zależy od świadomości.
Ty miałeś taką świadomość gdy wchodziłeś w seniorski futbol?
Od małego poświęciłem się piłce. Grałem na trzecim poziomie rozgrywkowym, poznałem niższe ligi. Nie będą teraz udawał najmądrzejszego, bo nie wiem wszystkiego. Jestem często na słuchawce z Przemkiem Ryńskim, gadamy o futbolu, dajemy sobie wskazówki. Wtedy gdy ja grałem były inne czasy. Nikt się nie przejmował treningami na deszczu, śniegu, po prostu się je odbywało. Teraz spadnie deszczyk i zmykają na halę, tak się to zmieniło.
No to kiedy popełniłeś największy błąd?
W pewnym momencie myślałem, że umiem wszystko. Nigdy nie brakowało mi zapału do treningów, nawet przebiegałem na zajęcia i z powrotem do Marka Mierzwy kilkanaście kilometrów, po to być lepszym. Wtedy trzeba było bardziej popracować nad fizycznością, ale otaczała nas inna rzeczywistość. Nie było tylu siłowni, fitness-klubów, zajęć online na Internecie. Nie wstydziłem się swoich umiejętności, ciężko pracowałem, ale zabrakło mi… dążenia do celu. Mogłem sobie wyznaczyć tak, żeby iść do przodu. Jednak się wpadło do czwartej ligi i nie żyło, człowiek nie myślało się dzieje wyżej.
Nie byłeś zbyt porywczy, może wybuchowy?
Zależało mi bardzo by wygrywać, niezależnie od tego gdzie grałem. Mecze o punkty, sparing, turnieje. Czasami nie panujesz nad emocjami, a dociera to do ciebie już po fakcie. Osłabiasz zespół czerwoną kartką i trener chce do ciebie trafić, tłumaczy. To co robiłem źle kiedyś wykorzystuje teraz w pracy trenerskiej.
Trener Tomasz Kołodziejczyk mniej dyskutuje z sędziami?
Coraz mniej, choć czasami mnie irytują ich decyzje, nawet częściej odzywki. Zawodnicy chodzą do pracy cały tydzień, znajdują czas na treningi i pragną wypaść jak najlepiej w meczu. Przychodzi do spotkania i sędzia popełnia błąd, który niweczy ich wysiłek. OK, błędy się zdarzają, lecz niektóre teksty arbitrów wkurzają. Zwrócisz uwagę, a on mówi, że trzeba było wcześniej wykorzystać sytuację. Nie podoba mi się to bardzo. W klasie A zdarzają się bardzo dobrzy rozjemcy – jak przyjeżdżali na mecze Marcin Szrek, Michał Molenda, czy Damian Gawęcki dawali popis profesjonalizmu. Inni też z wyższych lig się znowu wymądrzali, jakby chcieli pokazać swoją wyższości. Nie tędy droga. Staram się jednak podchodzić do sędziów z szacunkiem, bo wiem, że ich zajęcie nie należy do łatwych. Oby wszyscy z nich szanowali zawodników.
Z trzech braci Kołodziejczyk zrobiłbyś piłkarza idealnego?
Nie wiem, ciężko mi oceniać. Jak mam być szczery nie czuje się w żadnym elemencie piłkarskiego rzemiosła od braci gorszy, nie musiałbym się niczym posiłkować. Mają szczęście, że grają na innych pozycjach, więc trudno nas porównywać.
Wykonujesz wolne lepiej niż Marcin?
Marcin bardzo dobrze wykonuje stałe fragmenty, ale też często trafiał na zawodników, którzy potrafili to wykorzystać, szczególnie w zespołach u Irka Pietrzykowskiego. Ładnie bije wolne nad murem, najczęściej mierzy w długi róg, ale znam lepszych speców. Kuba Moskal z Orląt ma ciekawy repertuar.
Marcin nie chciał grać w Orlętach?
Było coś na rzeczy, luźne rozmowy. Nie był jednak priorytetem dla klubu.
Krzyknąłbyś na niego, gdyby grał u ciebie w drużynie?
Nie patyczkowałbym się z nim. Trener musi rządzić. Jesteśmy braćmi, ale w drużynie piłkarskie są inne zasady, hierarchia. Trener to trener, a podopieczny nawet jakby to był Marcin Kołodziejczyk musi się dostosować. Szanuje bardzo swojego starszego brata, grał w piłkę na lepszym poziomie dłużej niż ja, ale to nie miałoby znaczenia.
Przestałeś grać w Niburskim ze względu na Marcina?
Do zespołu Niburskiego wchodzili nowi zawodnicy, naprawdę bardzo dobrzy, a mi doszły pewne obowiązki. Dominik Szymkiewicz, Łukasz Góral wnieśli dużo, ale przecież był taki czas, że mnóstwo osób chciało u nas grać. Wiedziałem, że trenują futsal, a nie chciałem przychodzić i wychodzić na boisko tylko, bo jestem Tomek Kołodziejczyk. Kiedy zachodziła potrzeba stawiałem się.
Z którego sukcesu najbardziej, w twoim przekonaniu ucieszył się Krzysztof Niburski?
Naszemu sponsorowi, super człowiekowi radość sprawiała nasza gra. On się cieszył z każdego zwycięstwa, przeżywał porażki, a my wspólnie mieliśmy ogromne emocje. Tworzyliśmy fajną ekipę, która w pewnym momencie rządziła wszędzie. Wygraliśmy Grudniowy, Sylwestrowy, Famę, Nocną Ligę Czwórek, Wiosenną, Ligę Trójek, oj było tego, było. Zwycięstwa miały i mają do dziś dużą wartość, bo walczyliśmy z bardzo silnymi przeciwnikami, z trzecich, czwartych lig, futsalu. Dziś mogę powiedzieć, że to wszystko się rozpadło, bo brakuje mi tych spotkań z kolegami, goli, dobrej zabawy, adrenaliny. Jeszcze pamiętam jak się pykało Ligę Firm Jacka Zawieruchy w lesie, czy Świętokrzyską Halową Ligę Firm. Inna bajka to Wiosenna Liga WSH, w której kiedyś nawet brało udział 20 zespołów. Nikt nie narzekał, jak grał na asfalcie. Deszcz? Żaden problem. Śnieg? Żaden problem. Liczyła się pasja, zwycięstwo, strzelanie goli.
Twój najlepszy moment w zespole Niburskiego?
Patrzę sobie na wspomnienia na Kieleckim Futbolu i powiem, że tych momentów było mnóstwo. Lubiłem zerkać na statystyki, a te mecze z czołowymi drużynami turniejów były świetne. Jaki kiedyś był poziom na Nocnej Lidze Czwórek na WDK. Te turnieje nauyczały piłki, wypromowały wielu chłopaków, dzięki nim trafili do klubów. Na Słonecznym Wzgórzu nasze mecze obserwowało mnóstwo ludzi. Tego nie da się wymazać z pamięci.
Dlaczego teraz ciężej się organizuje turnieje?
Teraz za dużo jest papierków, trzeba zdobywać pozwolenia, biurokracja ciągle stawia przeszkody. Niektórzy mówią w telewizji co to by nie zrobili dla sportu, a obiekty są zamykane. To jest bardzo trudna rzeczywistość, a traci młodzież, pasjonaci, bo nie tak to powinno wyglądać. Nie podoba mi się, że wszystkim wszystko przeszkadza, nawet to jak młode chłopaki grają sobie w piłkę na boisku. Trzeba wierzyć, że ten stan się zmieni.
Na Grudniowym udało się utrzymać dużą liczbę uczestników, inne turnieje padły.
Grudniowy ma za sobą historię, otoczkę, mocne nazwiska, sponsorów. Myślę, że jest potencjał w Kielcach na odtworzenie futbolu turniejowego tak jak kiedyś, ale ktoś konkretny musi pomóc. Wielu prominentów wypowiada tylko piękne słowa i na nich się kończy. Mnie w pracy trenerskiej rozlicza się z czynów. Rozmawiał Jaromir Kruk / Zdjęcia Kamil Bielaszewski / WajdaFoto



