Adam Imiela: Nie mogę marnować czasu
Adam Imiela w barwach GKS Tychy występował na zapleczu ekstraklasy, gdzie jednak się nie przebił i trafił do drugoligowego Świtu Nowy Dwór. Po powrocie do Granatu Skarżysko grał najpierw w trzeciej lidze, a potem ledwie w klasie okręgowej. Znów zrobił krok do przodu i występuje u trenera Ireneusza Pietrzykowskiego z Zdroju Busko. Ambitnych planów nie porzucił, ale twardo stąpa po ziemi i na razie zamierza rozegrać jak najlepszą rundę wiosenną.
Piłkarzowi, który poznał smak pierwszej ligi nie wstyd, że obecnie występuje trzy poziomy niżej?
Adam Imiela: Nie wstyd, a ja pomyślę o tym to mobilizuje się do ciężkiej pracy. Byłem blisko poważnego futbolu, ocierałem się o niego i przekonałem się, że warto się bić o to, by grać jak najwyżej. Między GKS Tychy, a świętokrzyską trzecią, lub czwartą ligą jest przepaść. Na zapleczu ekstraklasy piłkarze skupiają się na treningach, meczach, nie godzą tego z inną pracą. To nie tylko jedna różnica, mamy ich mnóstwo. W Tychach pracowali ze mną Piotr Mandrysz, Tomasz Fornalik, Jan Żurek i od każdego czegoś się nauczyłem.
Wykorzystałeś czas spędzony w GKS Tychy i Świcie Nowy Dwór Mazowiecki?
Jakbym wykorzystał nie grałbym obecnie w Busku, nie wracałbym do Granatu. Zabrakło mi troszkę szczęścia, może jednego, dwóch dobrych meczów, goli. GKS wypożyczył mnie do Świtu, a tam już nie było tak kolorowo. Spadliśmy do drugiej ligi i trzeba było pakować manatki i wracać do Skarżyska.
Największe pozytywy z Tych dla Ciebie?
W GKS grałem z Piotrem Rockim, który zapisał się w kronikach ekstraklasy, kibice pamiętają go z Legii, Groclinu, wielu innych zespołów. Choć był u schyłku kariery pokazywał naprawdę spore możliwości. Bartek Babiarz dziś jest liderem Termaliki, a wtedy prezentował się niesamowicie, miałem wrażenie, że na boisku wypełnia każdą lukę, był tak żywotny, mobilny, że szok. Podobnie Mateusz Kupczak, maniak właściwego odżywiania. Banany, ryż, on to dbał o takie kwestie. Dziś jeden i drugi grają z powodzeniem w Termalice i to też dobry przykład dla mnie. Wszędzie, gdzie rzuci los trzeba zasuwać, biegać, walczyć.
W regionie świętokrzyskim zawodnikom brakuje odpowiedniego podejścia?
Janek Kowalski, Mateusz Mianowany, Marcin Kołodziejczyk to dla mnie profesjonaliści.
To dlaczego tak ciężko się z stąd wybić?
Może brakuje skautów z prawdziwego zdarzenia? Po Koronie mamy przepaść, jest dopiero KSZO, które próbuje wyrwać się z trzeciej ligi. Gdy Granat wygrywał tę klasę i grał baraże o drugą jakoś nikt nie trafił do lepszych klubów i to zastanawia i wywołuje refleksje. Potem Granat padł, a takie sytuacje to nie nowość. Szkoda mi wielu chłopaków, bo oni zasługują na znacznie więcej. Mianowany, Mikołajek, Łatkowski, Marcin Kołodziejczyk, Kowalski i tak dalej, i tak dalej. Z drugiej strony sam myślę, że jak będę coraz lepszy ktoś mnie znowu zauważy. Z taką myślą przyszedłem do Zdroju.
Jaki cel sobie stawiasz na wiosnę 2016?
Występuje tylko w czwartej lidze, ale nie zamierzam marudzić i marnować czasu. Chcę grać jak najwięcej i jak się da nawet nie opuszczać boiska na minutę. Do tego by przejść do Zdroju skłoniła mnie osoba trenera Ireneusza Pietrzykowskiego, który ma bardzo profesjonalne podejście do futbolu, nawet na tym szczeblu. U niego można się dużo nauczyć i poczynić postęp, co potwierdzi niejeden zawodnik. Kiedyś grałem jako defensywny pomocnik, dziś lepiej czuje się na ósemce. Jeśli chodzi o sprawy sportowe to wiadomo, że musimy się utrzymać. Mamy taki skład, że trzeba od siebie wymagać jak najwięcej, a zwycięstwo w Małogoszczu z Wierną stanowiło krok w dobrym kierunku.
Trener każe biegać w tą i w tą?
Tak się wyraziłem podczas meczu z Wierną. Trener jest impulsywny, reaguje jak szkoleniowcy z niemieckiej Bundesligi, ja też, ale jedziemy na jednym wózku i obu nam zależy niesamowicie na wynikach zespołu. Biegać mogę cały czas, nawet bez wytchnienia, nie widzę problemu.
Zdjęcia Kamil Bielaszewski



