Łukiewicz o Błękitnych
Tadeusz Łukiewicz na początku lat 90-tych z Błękitnymi Kielce robił awans do dawnej drugiej ligi, walczył też o promocję do najwyższej klasy rozgrywkowej. Bramkarz, który zaczynał w Mazowszu Grójec nie zapomina o swoim klubie z Kielc.
Jak wspominasz swoje przygody z Błękitnymi Kielce?
Tadeusz Łukiewicz: Wspaniale. To była super drużyna, ze świetną atmosferą w szatni. Po Błękitnych nie miałem przyjemności już grać w takiej ekipie. Prowadzili mnie trenerzy Batugowski, Mróz, Słabiak, Lipka, z Leszkiem Lipką też się grało. Radomiak mnie wypożyczył do Kielc, wywalczyliśmy awans do drugiej ligi i nie chciałem wcale wracać do Zielonych i spadać szczebel niżej. Mus to mus, ale potem znów pojawiłem się w Błękitnych. Mieliśmy super pakę i nawet można było się pokusić o coś więcej. Ceniłem sobie Kielce, bo wolałem też tu grać niż być drugim golkiperem w Stali Stalowa Wola występującej na najwyższym szczeblu.
Co stało na przeszkodzie, żeby wywalczyć promocję do elity?
Pieniędzy, nie ma się co oszukiwać. Inni mieli więcej. W sezonie 1994/95 zajęliśmy piąte miejsce w drugiej lidze grając niemal non stop dwunastką piłkarzy. Jeden z nas, był zawsze wkurzony, że musi wchodzić z ławki, kolejni zmiennicy już nie prezentowali takiego poziomu. Szef Stomilu na mecz do Kielc przyleciał helikopterem. Janusz Batugowski powiedział do nas: Pokażcie jak gracie, pieniądze nie wygrywają. I wygraliśmy 2:1, a Talika pokonali Dziubek i Gębura. U nich grali Tomek Sokołowski, Sylwek Czereszewski, Oblewski, w bramce Talik i zostali skarceni. Stać nas było na takie spotkania. Dobrze graliśmy w defensywie, a chłopaki z przodu mieli duże umiejętności.
Twój szczególny mecz w barwach Błękitnych?
Z Avią Świdnik wygrany 1:0. W 40 minucie gość wszedł we mnie kolanem, w przerwie doktor Pańka reanimował mnie koniakiem. Byłem w szoku, płakałem i wypiłem szklankę koniaku. W drugiej połowie trener Waligóra krzyczał do piłkarzy z Avii, żeby dużo strzelali, ale wszystko broniłem. Miałem dobrych kolegów w defensywie. Megier i Adamus to byli fachowcy, a jeszcze Marek Graba, inni piłkarze. Przez Błękitnych przewinęło się mnóstwo znakomitych grajków, a taki Darek Dziubek, który jeden na jeden był niesamowity mógł nawet osiągnąć reprezentacyjny poziom. Czasami jednak znikał, jak po obozie w Limanowej na tydzień. Bramkarz Orląt Łuków po spotkaniu przegranym w stosunku dwucyfrowym cieszył się jak dziecko, że wyciągnął karny Leszka Lipki. Lipka jak wchodził do dziadka grał tylko na jeden kontakt. Artysta z krakowskiej szkoły futbolu, który pograł na wysokim poziomie w reprezentacji Polski i Wiśle Kraków.
To najlepszy piłkarz, z jakim grałeś w Błękitnych?
Nie będę nikogo wyróżniał szczególnie. Powiem Lipka, to się ktoś może obrazić. Michał Gębura był kozak, Dziubek, Krzysiu Dziubel, Graba. Herbert Boruc, któremu nie zapomnę gola na Radomiaku gdy Błękitni wygrali 1:0 i miałem ogromną satysfakcję, bo to w rodzinnych stronach, Megier, Adamus, Graba, Wiesiu Szwajewski, było piłkarzy przez duże p, było.
Tylko żal, że Błękitnych już nie ma?
Z Zawiszy gdzie grałem dostaje kartki na święta, z Błękitnych nie ma już kto wysłać. Żal, ale cieszę się, że mamy profil na Facebooku BŁĘKITNI KIELCE – OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA. Tam nawet należę do grona liderów. Pozdrawiam wszystkich sympatyków tego zasłużonego klubu. Wierzę, że się spotkamy jak przed paroma laty na Turnieju Grudniowym. Jestem cały czas chętny do gry. Rozmawiał Jaromir Kruk. Fot. WajdaFoto




