Kraj trenerów
Polska to kraj, gdzie uprawnienia trenerskie UEFA robi się najłatwiej na świecie. Trenerem drużyny narodowej jest jednak cudzoziemiec, a w gronie jego krytyków nie brakuje kolegów po fachu. Oni jednak nie dorastają Portugalczykowi do pięt.
Paulo Sousa nie chwalił się zdobyciem uprawnień UEFA w social mediach. Nie musiał, bo miał za sobą świetną karierę piłkarską okraszoną dwoma triumfami w Lidze Mistrzów. Na szkoleniowym szlaku odnosił sukcesy, ponosił porażki, a do Polski przybył by zastąpić Jerzego Brzęczka. Wicemistrz olimpijski z Barcelony 1992 swoje cele osiągnął, awansował na Euro, ale za jego kadencji drużyna narodowa jakby się uwsteczniła. Niby nieźle broniła, z drugiej strony brakowało jej polotu w ofensywie. Tacy zawodnicy jak Piotr Zieliński bali się podejmować ryzyko, nie można było zauważyć, że w reprezentacji czerpią przyjemność z gry. Sousa pragnie to zmienić. Na Węgry wyszedł ofensywnie, choć popełnił błędy personalne. Skończyło się remisem 3:3, a w obronie wyglądaliśmy słabiutko. Na Andorę wystawił trójką napastników, a za nimi jako dziesiątkę Zielińskiego. Mentalnie to miało wzmocnić piłkarzy, coach pokazał, że wierzy w siłę zespołu. Na wynik i grę to się nie przełożyło, bo pokonaliśmy outsidera 3:0, ale kolejny etap budowy (modne słowo w piłce) został wykonany. Na Sousę spadła fala krytyki, w wielu kwestiach nieuzasadnionej, ale sporo osób rozumie intencje kierujące mistrzem świata U-20 z 1989 roku. Portugalski trener wierzy, że reprezentacja Polski może grać ofensywny, atrakcyjny futbol i próbuje zdjąć z zawodników niewidzialną blokadę. Naszych reprezentantów na kadrze atakują demony z ekstraklasy. Tam przynajmniej część szkoleniowców nie chce konstrukcji, kreacji, tylko szybkiego transportowania piłki z pola karnego, tak by nie budować akcje od tyłu. Na grę jeden na jeden wielu patrzy z gniewem, bo liczy się tylko cel na krótką metę. Wiadomo jednak z góry, że na dłuższą metę to nie przynosi efektów, bo w europejskich pucharach zbieramy cięgi. Brniemy jednak w tym gównie i ma nie się co dziwić, że Sousa, który polskim fachowcom chce pokazać, że w piłkę można grać, nie tylko ją kopać wywołuje w naszym piłkarskim światku tyle negatywnych emocji. On chyba się nie musi tym przejmować, bo jest człowiekiem futbolu, rozpoznawanym na całej kuli ziemskiej. Żeby zaistnieć nie potrzebował sobie zrobić kursów w Polsce i wydać równowartość około 10 tysięcy naszych złotych. Nawet jednak tych trenerów bez pasji, którzy idą w ten zawód, bo można po prostu zarobić parę groszy Sousa może natchnąć. Mamy duży potencjał ludzki, tylko trzeba się nim odpowiednio zająć. Może tak jak Portugalczyk drużyną narodową, popełniając po drodze świadomie i nieświadomie błędy. Trzeba więc życzyć sukcesów reprezentacji, bo to jedyna nadzieja, byśmy przestali się pławić w tym szambie. Z dyplomami UEFA… /JKM/ Fot. WajdaFoto






