Dzidek
Żył na wesoło, cieszył się sportem, kochał ruch, piłkę nożną, angażował się w turnieju. Zdzisława Mojeckiego uważano za dobrego człowieka i naprawdę trudno się pogodzić z jego odejściem.
Choroba zaatakowała Dzidka gwałtownie. Walczył kilka miesięcy, cierpiał, ale nie marudził. Tego nauczył go sport. Pływał, boksował, biegał, grał w piłkę nożną, kibicował. Nie mógł już w zasadzie tego robić od późnej jesieni ubiegłego roku, kiedy dopadł go rak. Mimo tego cały czas starał się być na bieżąco z tym co się dzieje w Koronie Kielce, u piłkarzy ręcznych Vive, w kieleckim boksie. Jeszcze we wrześniu spotkał się z uczestnikami turniejów plażowych trójek w Plejadzie, wręczał puchary, nagrody, które fundował z Cechem Rzemiosł Budowlanych. Lubił to, plażówki wspierał od początku wieku. Zaglądał na Basen Letni na Szczecińską, był szczęśliwy widząc, gdy innym gra daje radość. Jemu dawała m.in. na Turnieju Grudniowym, a w 2005 roku wygrał Grupę VIP w hali przy Żytniej. Zebrał piękną paczkę z Krzysztofem Gajtkowskim, Krzysztofem Bukalskim, Markiem Motyką i wywalczył mistrzostwo VIP-ów. Po zwycięstwie obdarował swoich zawodników symbolicznym łiskaczem, jak sam mówił i uśmiech nie schodził z jego twarzy. Zdzichu z Grudniowym i Sylwesterowym był związany jako zawodnik, sponsor, sympatyk, kibic, miał swoje drużyny, pomagał chłopakom ze Słonecznego Wzgórza, potem z Bocianka (pamiętny MOZ/Viking), wspierał tych, którzy go to poprosili. Sam widział, że ktoś pomocy, dobrego słowa potrzebuje i też nie żałował. Dużo jeździł na różne wydarzenia sportowe, finały Mistrzostw Świata i Europy w piłce nożnej, imprezy piłki ręcznej z Final Four w Kolonii włącznie. Znał mnóstwo ludzi i zarażał ich serdecznością, optymizmem. Były bokser (z sukcesami w mocnym w latach 70-tych i 80-tych w okręgu świętokrzyskim) nagle, z dala od zgiełku poszedł sobie do nieba, skąd pewnie będzie kibicował Koronie, Vive, reprezentantom Polski. A nam go już strasznie brakuje… Jaromir Kruk










