Polska – Gibraltar 1:1
Miało być pięknie, ale i tak się trzeba cieszyć, że w fazie grupowej europejskich pucharów zagra jeden polski klub. Legia Warszawa wystąpi w Lidze Europy, choć była nawet szansa na Ligę Mistrzów.
Po przegranej batalii z Dinamem Zagrzeb o Champions League rozpisywano się o klasie mistrza Chorwacji. Fakt, ale Dinamo w następnym etapie walki o elitarne rozgrywki dostało baty od Sheriffa Tiraspol z Mołdawii, a w zasadzie Nadniestrza. Legia, notorycznie osłabiana latem nie uchodziła za faworyta dwumeczu ze Slavią Praga o Ligę Europy, ale po remisie w stolicy Czech 2:2 nadzieje na sukces wzrosły. Zmalały po tym jak warszawski klub sprzedał przed rewanżem z czeskim zespołem Josipa Juranovicia do Celticu. Trudno to zrozumieć, bo reprezentant Chorwacji poszedł do Szkocji za stosunkowo niską cenę, a jak już odchodził to przecież powinien po rewanżu ze Slavią. Polityka kadrowa Dariusza Mioduskiego jest niestety niezrozumiała, pewnie też dla niego samego, a może po prostu opinia publiczna o pewnych sprawach nie wie. Legia musiała awansować do grupy Ligi Europy, żeby kasa się zgadzała i tego dokonała. Dzięki charakterowi, interwencjom 41-letniego Artura Boruca w bramce, a przede wszystkim… Tomasowi Holesowi. Reprezentant Czech już w 3 minucie wyleciał z boiska za brutalny faul na Andre Martinsie (dotrwał na placu do 25 minuty) i Legia niemal cały mecz grała z przewagą. Nawet przegrywała do przerwy 0:1, ale dwa gole Mahira Emreliego dały jej zwycięstwo. Oznacza to powrót na salony. W fazie grupowej Ligi Konferencji UEFA nie zagra Raków Częstochowa, który obronił zaliczki wywalczonej w Polsce i przegrał drugie spotkanie z KAA Gent 0:3. W Belgii widać było różnicę w piłkarskiej jakości między obydwoma zespołami. Samą organizacją gry i mądrością trenera Marka Papszuna nie dało się osiągnąć sensacyjnego sukcesu, choć był on blisko, a zarazem daleko. Raków w ostatnich latach zrobił jednak dużo i wręcz ośmieszył krajowych gigantów (niektórych głównie papierowych), a przede wszystkim władze Częstochowy. Szybkie awanse z trzeciego na drugi poziom krajowy, potem z drugiego na najwyższy nie poszły w parze z rozwojem infrastruktury. Częstochowa dopuściła do tego, że Raków, jej wizytówka musi rozgrywać domowe mecze w Bełchatowie i Bielsku-Białej i hamuje przez to piękny rozwój klubu. Jak zwykle w Polsce w tle są gdzieś gierki personalno-polityczne, bo jak ktoś coś u nas osiąga trzeba szukać dziury w całym. Papszun, mądry facet zdaje sobie sprawę, że do zrobienia kolejnego kroku w futbolu, a mamy na myśli też Europę potrzeba lepszej jakości. Szuka dobrych zawodników, w międzyczasie fajnie szkoli się w Rakowie młodzież, ale nie można liczyć, że efekty będą przychodzić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Klub z Częstochowy ma swój plan, chwała mu za to, nie zmienia trenerów jak rękawiczki i przy wsparciu władz miasta, lub bez niego na pewno jeszcze zaskoczy. W fazie grupowej europejskich pucharów Polska ma tyle samo przedstawicieli co… Gibraltar, bo do Ligi Konferencji awansował Lioncoln FC. Podniecano się niezłą postawą Pogoni Szczecin w pierwszym starciu z Rijeką, ale w dwumeczu podopieczni Kosty Runjaicia nie wbili chorwackiej drużynie żadnego gola. Osijek pogoniła potem ekipa CSKA Sofia, a Hapoel Beer Sheva, pogromca Śląska Wrocław został wyrzucony za burtę przez Anorthosis Famagusta. Jeden klub jesienią w Europie na 40-milionowy kraj to nie powód do wstydu, ale nie wynika to z przypadku. Po prostu u nas zbyt wielu przypadkowych ludzi działa przy futbolu, a gdy ktoś coś chce fajnego zmontować i montuje to mu się kładzie kłody pod nogi jak Rakowowi w Częstochowie. /JKM/






