Polskie wydaje się…
Nam, Polakom często się wydaje, więc uznano powszechnie Węgrów za łatwą przeszkodę dla naszej reprezentacji na koniec eliminacji MŚ 2022. Na tyle łatwą, że Paulo Sousa nie skorzystał z usług Roberta Lewandowskiego.
Wieść o tym, że Lewy nie wystąpi przeciw Madziarom wstrząsnęła kibicami. Niektórzy próbowali wmówić, że to spotkanie o pietruszkę, bo i tak biało-czerwoni zapewnili sobie miejsce w barażach, ale stawka była bardzo duża – rozstawienie. Napastnik Bayernu wykluczył się z walki o tytuł króla strzelców europejskich eliminacji MŚ. Tłumaczenie potrzebą regeneracji jest słabe, bo Lewy nie udał się do Niemiec, tylko pozostał w Polsce. Obejrzał mecz kadry, a wcześniej wziął wraz z żoną na urodzinach u Rafała Brzoski, prezesa InPost. Rotacje w składzie dokonywane przez portugalskiego selekcjonera nie wychodzą biało-czerwonym na dobre. Do dziś nie wiemy jaka jest galowa jedenastka drużyny narodowej, brakuje stabilizacji, a niektóre decyzje Sousy są trudne do obronienia. Mimo różnych problemów i tak – znów polskie ulubione określenie – WYDAWAŁO SIĘ nam, że pokonamy Madziarów. Ferencvaros, Fehervar, Fehervar, Omonia Nikozja, Puskas Akademia, Fenerbahce, Pisa, Kasimpasa, Dunajska Streda, Mainz, FC Dallas – w wyjściowej jedenastce ekipy Marco Rossiego pojawiło się czterech piłkarzy z ligi węgierskiej, jeden ze słowackiej, jeden z drugiej ligi Italii, żadnego z angielskiej Premier League, hiszpańskiej Primera Division, włoskiej Serie A. Dla porównania Polska: Juventus, Hellas Verona, Southampton, Dynamo Kijów, Aston Villa, Leeds United, Brighton, Union Berlin, PAOK Saloniki, Hertha Berlin. Widać, jak na dłoni, że w bój poszedł kwartet z Premier League, dwójka z Serie A, dwójka z niemieckiej Bundesligi. Nie zawsze to jednak ma przełożenie na boisko, bo taki Puchacz nie gra w ligowych spotkaniach Unionu. W tym spotkaniu przekonaliśmy się dlaczego. Biega bez sensu, jednostajnie, fatalnie dośrodkowuje i miał udział przy dwóch straconych golach. Polacy, osłabieni przez pomysły selekcjonera i tak byli pewni zwycięstwa, jakby myśleli, że bramki same będą się zdobywać. Tak to w piłce nie działa, Węgrzy zasłużenie wyszli na prowadzenie, ale gdy wyrównał Karol Świderski myśleliśmy że biało-czerwoni pójdą za ciosem, a w najgorszym wypadku dowiozą remis, który przypieczętuje nasze rozstawienie w barażach. Nie dowieźli, ambitni Węgrzy drugi raz pokonali Wojciecha Szczęsnego (kolejny raz w przekroju meczu nie pomógł drużynie), a po końcowym gwizdku przyszły fatalne informacje z innych stadionów. Paulo Sousa i piłkarze przegrali (na 90 procent) PZPN parę milionów, bo przez wynik z Węgrami nie zagramy pierwszej rundy barażów u siebie, tylko na wyjeździe, a możemy trafić na przykład na Portugalię, lub Włochy. Dodatkowo kadra nie będzie mieć spokoju w mediach przez 4 miesiące. Sousa jak zwykle wszystko ubiera w piękne słowa, ale, choć znów WYDAJE SIĘ NAM, że czynimy postęp to:
- za kadencji Portugalczyka wygraliśmy tylko 6 meczów, po 2 z Andorą, San Marino i Albanią
- nie traciliśmy goli tylko w trzech z 15 meczów, z Andorą i San Marino u siebie, z Albanią na wyjeździe
- nie wyszliśmy z grupy na Euro 2020
- trudno pojąć stawianie na Przemysława Płachetę, a pomijanie Sebastiana Szymańskiego
- bez Roberta Lewandowskiego tracimy na wartości więcej niż 50 procent
A może po prostu cierpimy na syndrom przeszacowania naszych możliwości. Polski futbol jest cały czas chory, gubi go pycha, arogancja, układy, układziki. Od najniższych szczebli, i póki co żaden mędrzec tego nie poprawił, z Paulo Sousą włącznie. /JKM/ Fot. WajdaFoto
POLSKA – WĘGRY 1:2 W CIONĄ PO OCZACH







