Zbyszek z gwiazdami
Zbigniew Małkowski zapisał się pięknie w dziejach Korony Kielce, ale pograł też za granicą – w Holandii nawet w wielkim Feyenoordzie, Szkocji. Spotkał się z wielkimi piłkarzami, trenerami i przeżył wiele pięknych chwil. O nich opowiada.
Zbigniew Małkowski miał przyjemność grać, trenować z wieloma wspaniałymi piłkarzami. Pierwszy przykład z brzegu – Michel Bastos, odkrycie sezonu 2009/10 w Europie. Jak byłeś z nim w Excelsiorze Rotterdam spodziewałeś się, że dobrnie aż do reprezentacji Brazylii?
Zbigniew Małkowski: Jak przyszedł do Feyenoordu liczył 17 lat i dopiero wchodził w seniorską piłkę. Jestem od niego o pięć lat starszy, razem graliśmy w Excelsiorze w drugiej lidze i było widać, że drzemie w nim spory potencjał. Młody Bastos w pewnym momencie się pogubił, nie przychodził na treningi, spóźniał się, trenerzy w pewnej chwili odpuścili go, ale po jakimś czasie się obudził. To kwestia wieku, każdy z nas robi głupoty, jeden szybciej się ogarnie, inny potrzebuje więcej czasu. Michaś się pozbierał i trafił na dobre. W Excelsiorze złapał na wypożyczeniu ogranie, my tam mieliśmy w ogóle zadanie zdobywać doświadczenie, to nam dawał młodszy brat Feyenoordu. Zrobiliśmy awans do Eredivisie degradując jeden z najsłynniejszych holenderskich klubów – Spartę, która wcześniej bodajże przez 120 lat nie spadała. Trenerem Sparty był Frank Rijkaard, wielka postać, ale jak widać to mu nie zaszkodziło, bo poszedł do Barcelony. A Bastos potem zagrał nawet w mundialu. Sporo chłopaków z Brazylii odrzuconych przez holenderskie kluby przepadało, ale mój kumpel po trzech latach spędzonych w ojczyźnie wpadł w oko Lille i wskoczył do wielkiej drużyny Olimpique Lyon, naszpikowanej gwiazdami, z Karimem Benzemą włącznie. Zrobił karierę, dużo osiągnął, a ja cóż – jestem dumny, że z kimś takim razem występowałem w jednej drużynie.
Inny twój kumpel z Excelsioru, Munir El Hamdaoui wziął udział z Marokiem w Pucharze Narodów Afryki. Dobry piłkarz?
Bardzo, lecz trudny do prowadzenia. Marokańczycy są mocnymi indywidualistami, patrzą przede wszystkim na siebie, ale z drugiej strony El Hamdaoui, jak Holender Robin Van Persie wychował się w ciężkiej dzielnicy Rotterdamu. Tam, żeby przeżyć trzeba mieć twardy charakter.

Jakie są zależności między Excelsiorem, a Spartą?
Excelsior od lat, z przerwami współpracuje z Feyenoordem. Kiedy ja byłem w Holandii ta współpraca była jeszcze silniejsza, ale Excelsior troszkę się uniezależnił. Rotterdam przypomina Kraków, jest podział na dzielnice kibiców Sparty i Feyenoordu. Sparta to zasłużona marka, zapisała się w historii holenderskiego futbolu, ale pozostaje w cieniu Feyenoordu, Ajaksu, PSV i teraz balansuje między drugą ligą, a najwyższą klasą w kraju.
Bretta Holmana z Excelsioru pamiętasz?
Wielokrotny reprezentant Australii wiedział, że w tym klubie można się wybić, ale trzeba trafić w dobry moment. Ja miałem szansę, ale po awansie nie postawiłem kropki nad i. Po bardzo dobrym sezonie mogłem powiedzieć, że chcę dostać szansę w Feyenoordzie, lub odejść gdzie indziej. Człowiek na euforii, młody, wybrany najlepszym bramkarzem sezonu na drugim froncie postanowił zostać. Wtedy w Excelsiorze panowało szaleństwo z okazji powrotu do elity po 16 latach. Te baraże, kiedy pokonaliśmy Spartę miały wyjątkowy smak i dałem się ponieść emocjom. Na drugą ligę byliśmy mocni, lecz na Eredivisie, praktycznie bez wzmocnień za słabi. Po rocznym pobycie wróciliśmy na zaplecze.

Nie pamiętasz jak pokonał cię sam Zlatan Ibrahimović?
Przypomniałem sobie. Co to za różnica, kto pokonuje bramkarza, skoro trzeba wyciągać piłkę z sieci. Pamiętam bardziej jak dostaliśmy na Feyenoordzie i Pierre Van Hooijdonk pokonał mnie z wolnego. Uderzył mistrzowsko, w jego stylu. Zawsze chciałem grać na zero z tyłu, ale w Eredivisie w zespole beniaminka nie było lekko.
Feyenoord – Heerenveen 1:3, twój jedyny mecz w barwach Feyenoordu. Powinno być więcej?
Kilka godzin przed meczem dowiedziałem się, że będę grał, bo kontuzji doznał Patrick Loedewijks. Coś miał problem z przywodzicielem i dostałem szansę. Jeden mecz to za mało, bo ambicje sięgały wyżej. Ścieżkę przetarł Jurek Dudek, liczyłem, że to się będzie podobnie rozwijać jak u niego.
Ktoś ze szkoleniowców Feyenoordu chciał na ciebie postawić?
Ciężko było się przebić. Feyenoord zawsze grał o trofea, bił się o mistrza z Ajaksem, PSV, celował w Champions League. Trenerzy stawiali na doświadczonych golkiperów, ale nie mam o to pretensji. Byłem podopiecznym Berta van Marwijka, Ruuda Guulita, Johna Metgoda, Mario Beena.
Guulita jak wspominasz?
Wesoły człowiek, widać było, że startuje w pracy szkoleniowej. W tamtych czasach nie było analiz video, odpraw, zawodnicy dostawali suche informacje, które przekazywał trener. W Holandii na trenerów się nie narzeka, kto się odważy na problem. Co każe szkoleniowiec się robi, tyle. Guulit nie brał z nami udziału w gierkach, skupiał się na pracy menedżerskiej.
Kto z twojego Feyenoordu miał największe umiejętności piłkarskie?
Robin van Persie jak przyszedł na pierwszy trening wyciągnął buty z torby, z dziurą na dużym palcu. Niczym się nie przejmował, nikogo się nie bał, nie miał żadnych kompleksów. Zaczynał w dziurawych butach, ale po tygodniu dostał karton z nowym obuwiem od indywidualnego sponsora. Robin był typowym indywidualistą, kiedyś na Ajaksie doszło do jego rękoczynów z Van Hooijdonkiem, kto wykona wolny. Van Persie uderzył i trafił w spojenie, bramka nie wpadła, ale wrażenie zrobił. Pierre ogólnie był spokojnym typem, ale na boisku nie dał sobie w kaszę dmuchać. Napastnicy z Holandii jak Pierre, Robin, Ruud van Nistelrooy mieli cechy typowych dziewiątek, co wiązało się z boiskowym egoizmem.
Dirka Kuyta ceniłeś?
Mrówka, pracowity gość. W Utrechcie, Feyenordzie najlepiej czuł się jako wolny elektron, bez przypisania do jakiejś pozycji. Dobrze się czuł na dziesiątce, na dziewiątce dawał radę jak się trzeba było przepychać z obrońcami, potem na boku pomocy, wahadle. Dzięki pracy strasznie podniósł poziom techniki, a miał się od kogo uczyć. Dla niego nie było znaczenia, czy jest dzień przed meczem, czy dwa, po prostu zostawał z którymś z bramkarzy i ćwiczył uderzenia. Dirka uważano za konia nie do zajechania.
W Holandii jest wyższa świadomość taktyczna niż w Polsce?
W tamtym okresie nie pracowano tyle nad taktyką. Van Marwijk, który z Holandią sięgnął w 2010 roku po wicemistrzostwo świata nie bawił się w analizy, a miał wszystko zanotowane na kartkach A4. Umiał przekazać zawodnikom wszystko co potrzebował. W Holandii system szkolenia jest ujednolicony, nie ma takich rozbieżności, cały czas stawiają na 4-3-3. W kadrze próbowali przejść na trójkę obrońców, ale na Euro 2020 nie wyszło. Im najlepiej jest w 4-3-3.
Dużo dzieliło dla ciebie piłkę holenderską i szkocką?
Jakościowo – Holandia ma lepszych zawodników, większe kluby, nie ujmując oczywiście duetowi z Glasgow – Rangers i Celtikowi. W Szkocji wtedy się więcej biegało, to była piłka kick and run, więc ja nie narzekałem na brak roboty. Pewnie dużo się zmieniło, bo inaczej jest pokazywany futbol, skoro na meczu może być po 18-20 kamer. Przykład VAR nie wymaga komentowania.
Lubiłeś takich zawodników jak Scott Brown?
Miałem swój charakter, ale Scottie był boiskowym zabijaką. Pokopał, pogryzł, wszystko by wygrywać, a na pewno zawsze zostawiał serce na boisku. Teraz tacy mają ciężej, bo VAR wszystko wyłapuje. Scottie w Hibernianie wyrastał na przywódcę i stał się potem liderem Celtiku Glasgow.
Ile razy ci bili brawo po meczach w Szkocji?
Nie pamiętam, ale pewnie raz bili brawa, raz wyzywali. Miło było pojechać na Ibrox Park do Rangersów i ograć z Hibernianem 3:0. Wtedy wszedł po przerwie Ivan Sproule i popisał się hat-trickiem. On w całym sezonie walnął cztery gole, z tego trzy gigantowi z Glasgow. Derby Edynburga też były super, choć wyjazdów na Hearts za miło nie wspominam, błędy się zdarzały ku uciesze kibiców rywala.
Kto był najlepszym bramkarzem w Szkocji w tamtych czasach?
Artur Boruc z Celtiku, Ronald Wattereus w Rangersach, no i Stefan Klos. Z Arturem miałem dobry kontakt, wtedy stał się klubową legendą i świetnie poczynał sobie w Lidze Mistrzów.
Wielu golkiperów z ligi szkockiej trafia do Anglii.
Zdarza się, ale pamiętajmy, że na przykład Kasper Schmeichel, dziś numer jeden w kadrze Danii pojawił się na wypożyczeniu w Falkirk i na tym skorzystał. On miał wtedy 18 lat i zdobył cenne doświadczenie. Scottish Premier jest na poziomie angielskiej Championship, ma dużą intensywność. Teraz znów nabrała rozgłosu, mocy, oczywiście dzięki renesansowi Rangers po przymusowej banicji. Siła tej ligi rośnie. Szkoci mają serce do futbolu, a ja tam czasu nie traciłem, pracowałem choćby z Tony Mowbrayem, obecnym coachem Blackburn Rovers, który też pracował w Celtiku. On dawał pewność siebie zawodnikom, z każdym pogadał.
Szkoci są skąpi?
Tylko tam mówią, pewnie to wymyślili Anglicy. Mało ludzi wie, że Szkocja jest bogatsza od Anglii, ma złoża ropy, gazu. Oni są na pewno podzieleni, religijnie, kibicowsko, stosunek do Anglików zależy od miejsca i historii.
Holandia, Szkocja, Polska – czy my się musimy wstydzić swoich umiejętności piłkarskich?
Nie. Polska liga stoi na podobnym poziomie jak szkocka, ale u nas, choć narzekają nikomu nie jest łatwo. Wielu znanych piłkarzy zagranicznych poczuło to na własnej skórze. Lukas Podolski też musiał się przestawić, przygotować. Ekstraklasa to nie odcinanie kuponów, tu sobie na to nie pozwolisz. Za Leszka Ojrzyńskiego w Koronie sprowadziliśmy na ziemię wielu przeciwników z innych zespołów. Ogłoszono nas kandydatem do spadku co świetnie podziałało. Biliśmy się o wysokie miejsca.
Dlaczego nie było awansu do europejskich pucharów?
Zadecydował mecz z Lechem Poznań i ta słynna bramka z centro strzału Luisa Henriqueza w doliczonym czasie na 2:2. Byliśmy lepszym zespołem, ale nie udało się tego udokumentować.
Zdementujesz plotkę, że zarządowi klubu puchary nie były na rękę?
My chcieliśmy pucharów, a po Lechu w szatni pasował nastrój przygnębienia. Ten remis spowodował, że przyjechało Zagłębie i nas gładko ograło 2:0. Podnieśliśmy się, pokonaliśmy ŁKS i GKS Bełchatów, gdy Pavol Stano zagrał w ataku i to strzelił dwa gole. Nieszczęsny mecz z Widzewem na wodzie, chyba przesuwany na późniejszą godzinę nam nie wyszedł. Widzew nie leżał nam, szczególnie w Kielcach, a wtedy zabrakło nam szczęścia. My, skazywani na pożarcie walczyliśmy o Europę, nie udało się.
Pucharów posmakowałeś w Hibernianie.
Smakowały z goryczą, bo po dobrej grze u siebie zremisowaliśmy z Dnipro. Oni z reprezentantami Ukrainy uchodzili za faworyta i byliśmy bliscy zwycięstwa. Na wyjeździe zagrali super, na starym stadionie, gdzie na murawę szło się korytarzami z osiem minut Dnipro dało nam lekcję futbolu i zwyciężyło 5:2. Zrobiliśmy co mogliśmy, a wspomnę, że u nas choć podawano, że mecz oglądało 18 tysięcy kibiców tak naprawdę było ich około 5 tysięcy więcej.
HIBERNIAN – DNIPRO 0:0
https://www.youtube.com/watch?v=UPE16kOzF9I&t=142s
Jesteś zadowolony ze swojej kariery?
Zawsze może być lepiej, ale pograłem na fajnych stadionach, w fajnych ligach. Chłopak wyjechał z Olsztyna w wieku 22 lat do Holandii, bawił się w ucieczki i gonitwy po lotnisku i tam tak naprawdę nauczył się bronić. Tam poznałem indywidualny trening. Moim nauczycielem był Pim Doesburg, rekordzista pod względem występów w Eredivisie. Spod jego ręki wyszli Edwin van der Sar, Ed de Goey, Jurek Dudek. W latach 90-tych każdy klub z Eredivisie miał trenera golkiperów, na co u nas mogła sobie pozwolić tylko Legia Warszawa. Kiedyś tym zajmował się nawet Lucjan Brychczy, ale postawiono na specjalizację. Trening dzień w dzień zwiększa szanse na poczynienie postępów. W trzecim roku, przed odejściem Jurka do Liverpoolu spytałem go czy mu się nie znudziły te zajęcia, tylko się uśmiechnął. Ba, po każdym treningu mnóstwo zawodników zostawało popracować dodatkowo i często napastnicy ćwiczyli z bramkarzami. Pamiętajmy, że wówczas infrastrukturalnie Holandia wyprzedzała nas o lata świetlne. U nas nie było szans na dodatkowe treningi, a zespoły korzystały do codziennej pracy z boisk, na których rozgrywały mecze.
Słynny Hubert Kostka, wielki bramkarz, jeden z polskich prekursorów specjalistycznych treningów dla golkiperów powiedział, że komuna zatrzymała naszą piłkę, też w kwestii infrastruktury. Cały czas odrabiamy?
Jak wchodziłem w latach 90-tych do drużyny Stomilu przypadało na nią 15 piłek, choć zawodników było 25. Jakbyś wrzucił Guardiolę, Mourinho wtedy do ligi polskiej to by się złapał za głowę widząc z jaką ilością problemów się musi zderzyć. Na szczęście wiele się zmieniło i dziś możemy się szczycić pięknymi obiektami.
Miałeś w Holandii gierki by rozwinąć u bramkarzy pracę nóg?
Pewnie, trzech na trzech, czterech na czterech i wchodziło się do młyna. Oni lubią grać na małych przestrzeniach, przez to łatwiej się przechodzi na większe. Belgowie wprowadzili dla dzieci rozgrywki dwóch na dwóch, trzech na trzech i tak wyrabia się technikę. Można dużo mówić, ale technika to podstawa. Moje pokolenie się jej uczyło na podwórku, dziś nie ma na to miejsca, bo wszystko zabudowane. Brakuje zielonej przestrzeni, nawet betonu na gierki międzyblokowe. Owszem, mamy teraz mnóstwo boisk, lecz niekoniecznie do nich łatwy dostęp. Świat się zmienia – telefony, komputery. Było Atari, Commodore, ale ja wolałem w piłkę. Za naszych czasów mama za ucho ściągała dziecko z podwórka, dziś ściąga za ucho sprzed komputera na podwórko. Trzeba być jednak dobrej myśli. Rozmawiał Jaromir Kruk / Fot. WajdaFoto / Kamil Bielaszewski / Grzegorz Ksel / Krystian Balicki
Zbigniew Małkowski (urodzony 19.01.1978)
173 – mecze w ekstraklasie Polski
53 – mecze w Scottish Premier
25 – spotkań w Eredivisie
2 – spotkania w Pucharze UEFA








