Świrta o Starze i…
Za awansem Staru Starachowice do trzeciej ligi stoi osoba Mirosława Świrty. Charyzmatyczny biznesmen zainwestował w klub spore środki i chce by dalej szedł w górę. Liczy też na konkretną pomoc, nie same obietnice.
Jak pan odbiera awans Staru do trzeciej ligi wywalczony w imponującym stylu?
Mirosław Świrta: Radość życia, taki planowany sukces, to nam wyszło. Nie spodziewałem się, że nie przegramy żadnego meczu. Zakładaliśmy walkę o zwycięstwo w każdym spotkaniu i nie zwolniliśmy tempa już po zapewnieniu awansu. Mieliśmy tak skonstruowany system premii, że zawodnicy wiedzieli o co grają, za co grają. Może byliśmy za mocni na ligę, ale też liga dla nas za słaba.
Graliście w czwartej lidze bardzo dobrze, dysponowaliście szeroką kadrą i dostaliście sygnały dzięki finałowi Okręgowego Pucharu Polski z KSZO czego wam brakuje. Więc czego?
Wiemy już jakie mamy słabe punkty, wiemy co poprawić. To był w ciągu sezonu jeden poważniejszy mecz, pewna weryfikacja.
Na jakiej pozycji grał pan w piłkę?
Na początku w ataku, potem na bramce, skończyłem jako stoper. Obserwuje też te pozycje w Starze i wiem, że w każdym z tych miejsc przyda nam się konkurencja. Teraz nie idziemy w ilość, ale jakość. Na pewno nie zaniedbamy niczego.
Spodziewał się pan, że Michał Smolarczyk odejdzie po takim sezonie?
Nie, bo byliśmy dogadani, ale zaważyły względy rodzinne. Postawił na pracę i musi postawić na piłkę na niższym poziomie. Trzecia liga nie jest taka jak kiedyś, to już nie amatorszczyzna. My chcemy w Starze trenować 5, 6 razy w tygodniu.
Kto jest ulubieńcem prezesa Staru z obecnego składu?
Nie budujemy zespołu na zasadzie ulubionych zawodników, drużyna ma sprawiać przyjemność sobie i kibicom. Dwa lata temu nikt nie przypuszczał, że tak się podniesie poziom kibicowania, że ludzie będą żyć meczami Staru. Szkoda, że nie możemy grać u siebie na stadionie, poczekamy do 30 września 2024.
Ciężko było znaleźć obiekt zastępczy?
Nie każdy nas chciało, czysta zazdrość, może ktoś chciał zrobić na złość Starowi za jakieś dawne animozje. Niektórzy korzystali z naszych obiektów, nie płacili za to i nie chcieli się zrewanżować. Życie jednak lubi oddawać.
Pan prowadzi rozmowy kontraktowe z zawodnikami?
Tak. Star wyrobił sobie markę i dobrzy zawodnicy chcą do nas przychodzić.
Zależy panu na identyfikacji klubu ze społecznością lokalną?
Oczywiście. Wychowanków ze Starachowic jest w Starze ponad dziesięciu. Próbujemy po okresie pustki pracować jak najlepiej z młodzieżą. Teraz brakuje nam juniora starszego na dobrym poziomie. Chłopcy nie mieli wzorców, lecz to się zmienia.
Dobrze się prezesowi układa współpraca z Emilem Krzemińskim?
Ja decyduje, mobilizuje innych. Marketingowo, co cieszy wyglądamy coraz lepiej, ale kwestie piłkarskie to odrębna kwestia. Mam swoich ludzi co się znają na piłce – jasne, nie są alfami i omegami, ale działają skutecznie. Transfery w każdym klubie na świecie nie zawsze są udane. My patrzymy na kandydatów do gry przez pryzmat charakteru, czy pasuje do drużyny. W ciągu dwóch lat stworzyliśmy solidny zespół.
Dużo gratulacji odbierał po awansie?
Przed sezonem już mi gratulowano, ale czekałem, że matematycznie zapewnimy sobie realizację celu. Nie było mowy o odpuszczaniu, a w końcówce sobie sprawdzaliśmy. Czwarta liga nie pokazała nam jednak gdzie potrzebujemy wzmocnień. Mecz z KSZO dał nam więcej niż spotkania ligowe. Według mnie w czwartej lidze powinno grać 16 zespołów, to by podniosło poziom. Niektóre ekipy grały mając na ławce jednego piłkarza. Jak to wygląda? Kiepsko. Nie chcę nikogo pouczać, ale były takie spotkania gdzie graliśmy słabo, a przeciwnicy sami sobie strzelali bramki. U nas wchodzili rezerwowi i tyle samo, lub więcej trafiali co wyjściowy skład. Brakowało gry pod presją. Na pewno mentalnie nie odstawaliśmy od KSZO. Ubolewam, że na Suzuki Arena nie mogło zasiąść więcej kibiców, to stworzonoby jeszcze fajniejsze widowisko. Finał w okręgu nie przyniósł wstydu regionowi świętokrzyskiemu.
Czuje się pan bardziej rozpoznawalny poprzez futbol?
Nie lubię być na świeczniku. Lepiej mi się myśli, działa, jestem jak taki stoper co się nie rzuca w oczy, ale robi co ma zrobić.
Panie prezesie, często pan ogląda mecze piłkarskie w wolnych chwilach?
Non stop oglądam sport. Nie tylko piłka nożna, ale też żużel, siatkówka, inne dyscypliny. Czasami zamiast ekstraklasy wolę jechać na dobra potyczkę w czwartej lidze. Piłka jest nieobliczalna, widzieliśmy mecz Mołdawii z Polską i co? Z każdym można przegrać, na każdym można wieszać psy. Polska kadra jest mocna piłkarsko, ale coś mi się wydaje, że póki co niedobrana charakterologicznie. Na Euro 2024 na pewno awansujemy, sukcesu jednak w Niemczech nie osiągniemy. Santos musi się nauczyć mentalności Polaków. Co to jest polska mentalność? Obserwowaliśmy wielu piłkarzy z niższych lig, spotykaliśmy się z ludźmi, których ego przechodzi wszystko. Z takimi szybko kończę rozmowy. Mam doświadczenie jako prowadzący firmę, a w zespole Staru potrzebujemy spokoju.
Dużo pracowników pana firmy interesuje się piłką nożną?
Myślę, że tak. Podczas mundialu mieliśmy telewizję na hali. Wiele osób z mojej firmy kibicuje Starowi. Widzę wzrost zainteresowania klubem w mieście, spotykam się z dowodami sympatii, uznania i to jest bardzo miłe. Wróciła pamięć o Starze, przypominają słynne boje z Górnikiem Zabrze, walkę o awans do elity. Legenda Jerzego Gorgonia robi swoje. Kiedyś Star był najlepszy w województwie. Teraz przypominamy o jego istnieniu.
Nie sparzył się pan na piłce?
Sparzyłem, czy to w Kamiennej, czy w KSZO. Miałem dosyć, ale namówił mnie prezydent Starachowic. Przyjechał do mnie na tartak i postanowiłem, że spróbuje.
Pana ulubiona liga zagraniczna?
Hiszpańska, a sympatia do Barcelony pozostała mi po Messim. Kiedyś się zasiadało przez ekranem jak w teatrze, teraz Duma Katalonii męczy, ale trzeba to przetrwać. Nie ma już finezji, ale nie ma takich gości na murawie jak Xavi, Iniesta, Messi. A co do dawnych czasów to uwielbiałem Szarmacha, Lato, Tomaszewskiego, Gorgonia. Żałuje do dziś, że nie wygraliśmy finałów Mistrzostw Świata w Argentynie. Rozmawiał Jaromir Kruk



