Mane w Maroku
Miało być Maroko, bo grało u siebie i dysponuje znakomitym składem. W drodze do finału pojawiły się turbulencje, ale w ostatnim boju – z Senegalem gospodarze mieli rzut karny w doliczonym czasie przy stanie 0:0.
Piłkarze Maroka mieli ogromny problem z presją, nie wszyscy pokazali na turnieju u siebie na co ich naprawdę stać. Męki z Tanzanią w 1/8 finału, gdzie rywalom należała się jedenastka pokazały, że zespół Walida Regraui nie jest gotowy na złoto, na co kraj czeka od 1976 roku. W ćwierćfinale Lwy Atlasu wypunktowały Kamerun (bez Vincenta Aboubakara, najlepszego snajpera i kapitana wykluczonego z kadry przez Samuela Eto’o, prezydenta federacji), w półfinale dopiero po karnych (zasługa Yassine Bounou, jednego z najlepszych bramkarzy świata) udało się uporać z Nigerią. W drodze do finału gospodarze strzelili tylko 9 goli (Brahim Diaz z Realu Madryt 5, Ayou El Kaabi z Olympiakosu Pireus 3, Ismael Saibari z PSV Eindhoven 1), Senegal 12 i radził sobie bez dogrywek. – Senegal sprawia lepsze wrażenie, ale Maroko gra u siebie – zapowiadał przed finałem słynny Winfried Schaefer, kiedyś coach Kamerunu, obecnie dyrektor sportowy w federacji Ghany. W finale Senegalczycy grali lepiej, Maroko ratował oczywiście Bono, a w doliczonym czasie sędzia, bo nie uznał trafienia Ismaily Sarra (wcześniej niby był faul Abdoulaye Secka na Achrafie Hakimim). Niedługo po tej wątpliwej decyzji rozjemca z Demokratycznej Republiki Kongo przyznał gospodarzom jedenastkę, gdy w szesnastce padł Brahim Diaz. Te decyzje Jeana-Jacquesa Ndali wywołały wściekłość u piłkarzy Senegalu, którzy po namowie trenera opuścili boisko i nie chcieli kontynuować gry. Takiego skandalu światowy futbol nie widział, a mógł być jeszcze większy, włącznie z wielkimi zawieszeniami, na szczęście Sadio Mane wpłynął na ekipę Senegalu by wróciła na plac. Wyrok na Lwach Atlasu miał wykonać Brahim Diaz, lecz to co zrobił z karnego będzie rozważane przez lata. Uderzył w stylu Antonina Panenki z finału Euro’76, ale Edouard Mendy z łatwością złapał futbolówkę. Pojawiły się domysły, czy Diaz nie zrobił tego specjalnie, bo piłkarze obu zespołów się dogdali, choć raczej po prostu nie poradził sobie z wielką presją. W dogrywce Papa Gueye z Villarreal zabił marzenia Marokańczyków, którzy już się nie podnieśli, choć próbowali. Wygrał futbol, niestety nie we wszystkich aspektach, bo nie można sobie ot tak schodzić z boiska jak się nie podoba decyzja arbitra, nie można też tak dobierać arbitrów jak na Pucharze Narodów Afryki Marokańczykom. Personalnie Lwy Atlasu to chyba najsilniejsza paczka na Czarnym Lądzie, ale część zawodników nie radziła sobie na tym turnieju, coś pętało im nogi i głowy. Maroko po 50 latach nie zasiadło na tronie afrykańskiej piłki, a Brahima Diaza, który do ćwierćfinału trafiał w każdym spotkaniu po ludzku żal. Finałem, w tym bijatyką senegalskich kibiców z ochroną i zachowaniem marokańskich chłopców do podawania piłek Afryka nie zrobiła sobie dobrej promocji, ale najlepiej z tego wyszedł Sadio Mane.

Legenda, niechciany w 2022 roku w Liverpoolu, mistrz Austrii, Anglii, Niemiec, zwycięzca Pucharu Europy, Superpucharu Europy, Klubowych Mistrzostw Świata nie zgadzał się z tym karnym dla Maroka, ale nie chciał zakończyć imprezy jak tchórz. Prawdziwy lider przekonał swojego selekcjonera i kompanów, że nawet w tak beznadziejnej sytuacji nie warto się poddawać. Czekała go za to nagroda, przy której pomógł swoją wpadką Brahim Diaz. Mane zapowiedział, że to jest jego ostatni Puchar Narodów Afryki, ale selekcjoner i koledzy są przekonani, że zmieni zdanie. Póki co może się cieszyć, że w szóstym starcie sięgnął po drugie mistrzostwo. W 29 meczach na PNA zdobył 11 goli, w tym roku trafił w półfinale z Egiptem (1:0), ale najważniejszą „bramkę” uzyskał w finale. Gdyby nie on i Senegal nie wróciłby na plac byłoby po tej reprezentacji… Na szczęście dla Lwów Terangi mają Sadio, rocznik 1992, 124 występy i 52 gole w kadrze, obecnie piłkarz Al-Nassr, klubowy kolega Cristiano Ronaldo, wielki zawodnik, ale także wielki człowiek i na koniec warto wspomnieć o jego pomocy dla rodaków i Afryki. To nie gość, który obnosi się i szpanuje, mimo zarabiania kosmicznych sum, to osoba z dobrym sercem, wyznająca piękne wartości. Takich Mane przydałoby się więcej nie tylko światowi piłki nożnej. Jaromir Kruk / Fot. Motwakel Mohammed




